Analytics

English blog

Snufkin - my blog in English

Hello English speakers , My blog is in Polish and it will stay that way. You can use the Google translate widget provided. This said, I have...

13 paź 2020

Wyścig z czasem z Przełęczy Knurowskiej do Nowego Targu

 Z szaleństwem mi do twarzy, czyli trasa Ochotnica Dolna - NowyTarg Oleksówki pod presją czasu

Były sobie plany. Obejmowały one dwudniową wycieczkę z noclegiem w Ochotnicy Dolnej, leniwą wyprawę na Turbacz, kolejny nocleg w schronisku i równie leniwy spacerek z powrotem do auta i do domu. Niestety, zmiana grafiku w pracy zaowocowała koniecznością stawienia się w sobotę na nocną zmianę. Cóż zrobić? Zrezygnować? Nie ma mowy, zapowiadano piękna pogodę i przesiedzenie w domu całego dnia nie było opcją budzącą jakikolwiek entuzjazm. Podjęłam więc decyzję – jadę w piątek i wracam w sobotę po pół dniowej wyprawie przez górskie szlaki. Problem w tym, że nie mam samochodu, a zmotoryzowani współtowarzysze podróży będą w pełni cieszyć się dwudniową wizytą w górach, muszę więc polegać na komunikacji miejskiej. Czy jednak jest możliwe dostać się z Nowego Targu do Katowic, a stamtąd do Będzina w czasie pozwalającym zgłosić się do pracy na 22:00? Na pierwszy rzut oka są tylko dwie opcje, autobus 15:20 i drugi o 18:20, gdzie w Katowicach melduję się o 21:25 a jeszcze trzeba dostać się do Będzina… Czy udało mi się na któryś zdążyć, czy też, jak to się mówi, zaliczyłam wtopę paskudnie się spóźniając? O tym przeczytacie w relacji z mojego wesołego wyścigu z czasem.  

Jako że czas na wędrówkę był ograniczony, skorzystałam z podwózki autem na Przełęcz Knurowską, by rozpocząć przejście na własnych nogach dopiero od tego punktu. Na miejscu byłam o 8:20 i z wielką przyjemnością zaczęłam wyprawę od spaceru przez las, wygodną, szeroką ścieżką, podziwiając drzewa częściowo jeszcze zielone, częściowo ubrane w kolory jesieni i tropiąc rosnące grzyby. Tylko dla czystej satysfakcji, bo jako że na grzybach się nie znam, pozwoliłam im rosnąć dalej w spokoju. Ale nawet bez grzybobrania widok beztrosko tkwiącego w trawie grzyba dostarczył mi wiele radości. W mieście nie rosną :) A do tego pogoda rozpieszczała pogodnym niebem, słoneczko przygrzewało tak mocno, że kurtka szybko powędrowała do plecaka, w zupełności wystarczyła bluzka z długim rękawem. Czysta, prosta przyjemność i radość wypełniająca serce, że człowiek może cieszyć się wędrówką i oglądać piękno przyrody i nic nie kapie mu na głowę, nie użera się z przeciwdeszczową 
peleryną. Nic, tylko iść i iść.

 
Leśny spacerek na początku trasy

O, jaki fajny grzybek :)

 Łatwa droga pozwoliła początkowo na szybkie tempo, jednak wkrótce rącza łania przemieniła się w żółwia na podejściu w górę. Stromizna może niewielka, ale próba sforsowania jej dotychczasowym, szybkim tempem błyskawicznie zaowocowała fazą zdychania i marudzenia pod nosem, że po co mi to było, mogłam spokojnie obracać się na drugi bok w wygodnym łóżku w domu. Nie było jednak innego wyjścia jak toczyć się dalej i już wkrótce prześwity między drzewami zaczęły mi przypominać po co właściwie skazałam się na ten wyścig z czasem i szlifowanie kondycji z myślą o przyszłych wyprawach w góry.

Coś tu zaczyna być widać, plus dziesięć do energii ;)


A najlepsze miało niedługo nadejść. Polana Zielenica i przepiękne widoki na drzewa, mgłę i góry. A podziwiać można zarówno na stojąco, jak i siedząc na umieszczonej tam ławeczce. Aż nie chce się ruszać dalej, gdybym, tak jak pierwotnie planowałam, miała do dyspozycji cały dzień, to w tym miejscu spędziłabym znacznie więcej niż kilka minut. Raczej coś w okolicach kilku godzin.

Widok z Polany Zielenica

I jeszcze jeden widoczek

O, taki też :)

Na tablicy informacyjnej tego punktu widokowego pisze, ze Polana Zielenicy leży na szlaku dużych ssaków drapieżnych i że można zauważyć czasem ślady obecności wilka, czy niedźwiedzia. Nie wiem jak inni, ale osobiście mogę do końca swojego życia nie oglądać żadnych śladów bytności tych przemiłych zwierzątek.  Niech sobie żyją w najlepsze, ale z dala od przemieszczającego się w obcym dla siebie środowisku mieszczucha.  Na szczęście żadnych tropów nie zauważyłam, na nieszczęście, po kilku minutach cieszenia się widokami musiałam ruszać dalej. Ale i potem nie brakowało postojów celem uwiecznienia kolejnej panoramy.


Jak tu nie zatrzymać się i nie zrobić zdjęcia?

Morze mgły, mój ulubiony widok z tego dnia

Dla niewprawionego jeszcze podróżnika nabieranie wysokości nie należy do ulubionych czynności, do tego im wyżej, tym widoki aż prosiły się o kolejne zdjęcia. W końcu jednak udało się dotrzeć do Kiczory, ale według czasu z mapy miałam opóźnienie ok. 45-50 minut. Schronisko na Turbaczu powinnam osiągnąć po kolejnych 45 minutach. Trasa była łatwa, co pozwoliło na szybsze tempo, ale dość długa, schronisko majaczyło gdzieś na horyzoncie a jeszcze zatrzymywanie się co chwile, bo panorama nie uwieczni się sama… Dość powiedzieć, że mój czas dojścia do schroniska, to zdecydowanie nie było 45 minut... I jej, ależ zazdrościłam w tym momencie ludziom rozłożonym spokojnie na trawce, którzy mogli w spokoju delektować się widokami, podczas, gdy ja musiałam zasuwać dalej.


Schronisko gdzieś tam, daleko na górze

Opóźniający wędrówkę widok numer xyz

I jeszcze jeden opóźniacz widokowy

W związku z opóźnieniem, postanowiłam nie zatrzymywać się na pierwotnie planowany posiłek w schronisku. Decyzję ułatwiało niesamowite obłożenie ludźmi, trudno byłoby szpilkę wcisnąć, a co dopiero znaleźć wolne miejsce do siedzenia, czym prędzej więc ruszyłam zdobyć sobie szczyt Turbacza. Wąska ścieżka, masa ludzi, a na szczycie jeszcze więcej homo sapiens. Naprawdę nie wiedziałam, że na tak małym terenie można wcisnąć taką chmarę ludzi :) Czym prędzej więc zaczęłam robić zdjęcia, by wynieść się stamtąd jak najszybciej. Cyk, fotka, cy… a nie, obcy człowiek w kadrze, cyk, fotka, cyk, fotka, no nie człowieku, gdzie mi tu leziesz? Nie widzisz, że zdjęcie robię? I na co mi teraz twoja twarz na zdjęciu? Coś tam jednak udało mi się uwiecznić na pamiątkę.

Widok z Turbacza

Widok z Turbacza

Początek szlaku od Turbacza do Rabki Zdrój

Spodziewałam się, że zdobycie kolejnego szczytu będzie kulminacyjnym punktem programu, ale po prawdzie, to w trakcie pobytu na szczycie zbyt byłam pochłonięta zrobieniem zdjęć tak, by nie było na nich obcych ludzi i polowaniem na okienko, by zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie z napisem „Turbacz”. Gdyby nie konieczność powrotu na określoną godzinę, to nie wiem, czy nie ruszyłabym trasą do Rabki Zdrój, wyglądała bardzo obiecująco pod względem widokowym, jak i była znacznie mniej uczęszczana niż szlaki wiodące od schroniska. No, ale według mapy to 4 godziny spaceru, a u mnie właśnie opóźnienie zwiększyło się do godziny. Trudno, na zejściu przyspieszę. Wróciłam więc tą samą drogą, a przy schronisku skręciłam na szlak wiodący do Nowego Targu i z wigorem, podsycanym przez zerkanie na zegarek, popędziłam na dół. Droga była łatwa i bardzo uczęszczana, Dzieci, psy, grupy ludzi w przekroju wiekowym od na oko plus 3 do 80. Zerkanie na boki syciło duszę widokiem gór, sił jakby przybyło i pojawiła się szansa, że może jeszcze zdążę na wcześniejszy autobus.  

Dodający sił widoczek na trasie do Nowego Targu

Jednak nie zdążyłam się nacieszyć nowo rozbudzoną nadzieją, gdy skończyły się żarty, a zaczęły schody, czyli droga w postaci rozjeżdżonego błota i balansowanie przy wymijaniu innych wędrowców na spłachetkach, pozwalających uniknąć ubłocenia w stopniu znacznym lub poślizgnięcia się i ozdobienia się błotną maseczką na ubraniu. Jak wygląda błoto, każdy wie, ale o, proszę:


Błotnie, ślisko i jeszcze mijanki z innymi ludźmi, nic przyjemnego

A potem na dokładkę coś, czego nie cierpię jeszcze bardziej niż wchodzenia pod górę, bardzo kamieniste, wąskie zejście w dół. Ciężko się schodzi, bo nogi ujeżdżają na kamieniach, gdyby nie asekuracja kijkami, marnie by się to dla mnie skończyło. Choć widziałam też ludzkie kozice, które bez jakiejkolwiek podpórki skakały sobie od kamyczka, do kamyczka bez najmniejszego trudu. Praktyka? Ukryte zdolności? Któż to wie. Dla mnie, jak zwykle, "ukochane" kamyczki wpłynęły na zwolnienie tempa, wobec czego szansa na złapanie wcześniejszego autobusu znikała bezpowrotnie. Machnęłam więc na to ręką i przybrałam, po raz pierwszy na tej wyprawie, leniwe tempo spacerowe. Autobus numer dwa miał być dopiero o 18:20, miałam więc dużo czasu. Dzięki temu miałam czas wpatrywać się nie tylko w górską panoramę, ale i zwracać uwagę na najbliższą okolicę, zamiast łykać górskie widoki jak pelikan i pędzić co sił w nogach, co pozwoliło mi dostrzec pomnik ku czci św. Maksymiliana Kolbe, krzyż upamiętniający żołnierzy walczących w Gorcach o niepodległość Polski i wolność człowieka z niemieckim i komunistycznym zniewoleniem w latach 1942-1949, jak i malowniczą kapliczkę.


Pomnik ku czci św. Maksymiliana Kolbego

Pomnik w kształcie krzyża upamiętniający walczących w Gorcach żołnierzy

Malownicza kapliczka

 Na przystanek „Nowy Targ Punkt Skupu” dotarłam o 15:20, czyli równo po 7 godzinach od rozpoczęcia wędrówki. Mapa zakłada czas przejścia w granicach 5 i pół godziny. Szczerze? Nie wiem, czy faktycznie zdołałabym w tyle przejść tę trasę. W normalnych okolicznościach na pewno byłoby krócej, ale przypuszczam, że byłoby to raczej w granicach 6 godzin, bo trasa choć łatwa, jest jednak długa jak dla mieszczuchowej kondycji.

Ciekawi was, drodzy czytelnicy, czy zdążyłam do pracy? Owszem, blisko 6 godzin podróży i trzy autobusy później, bo zdecydowałam się nie czekać na autobus bezpośrednio do Katowic lecz wracałam dodatkowo z przesiadką w Krakowie, zdążyłam wpaść do domu, szybko się umyć i przebrać, zabrać jedzenia w ilości odpowiedniej do wykarmienia pułku wojska polskiego i stawić się w pracy na czas. Brawo ja :)

Wnioski z podróży? Nigdy więcej ścigania się z czasem, doszlifowanie umiejętności rozkładania sił na dłuższą trasę, tak żeby wiedzieć kiedy mogę przyspieszyć, a kiedy powinnam zwolnić, by osiągnąć swoje maksymalne tempo i czerpać przy tym przyjemność z wędrówki, w miarę możliwości unikać bardzo popularnych szlaków oraz nigdy, ale to nigdy nie planować odpoczynku w schronisku, zwłaszcza, gdy jest weekend i piękna pogoda.

Trasę jako taką bardzo gorąco polecam, przepiękne widoki, łatwe, choć długie podejście, ale radzę dłuższy pobyt zrobić sobie na Zielenicy, taki piknik na trawce w tej okolicy będzie cieszył znacznie bardziej niż pobyt w tłumie ludzi przy schronisku na Turbaczu. Ewentualnie tuż przed schroniskiem rozłożyć się na trawce z własnym prowiantem i pałaszować podziwiając w ciszy piękno natury.

Od Admina Bloga Włóczykijów - mapa z przebytą trasą:


1 komentarz:

  1. Cel osiągnięty i to podwójnie - Turbacz i punktualne stawienie się w pracy. Brawo!

    OdpowiedzUsuń