Analytics

English blog

Snufkin - my blog in English

Hello English speakers , My blog is in Polish and it will stay that way. You can use the Google translate widget provided. This said, I have...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przełęcz Karkoszczonka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przełęcz Karkoszczonka. Pokaż wszystkie posty

12 gru 2020

Skrzyczne, Błogosławieństwa i góralskie wesele

Poprzednie dwa weekendy z Klubem Włóczyikijów były w górach "niskich" -  zarówno Czupel jak i Lubomir mają poniżej 1000m. Na dzisiaj (12.12.2020) wybraliśmy Skrzyczne - 1257m n.p.m. Miało być 24km, wyszło 28, czas 7:30h. To efekt wędrówki z Traperem i Siostrą #2. Zrobiliśmy pętlę ze Szczyrku na Skrzyczne, przez Malinowska Skałę na Przełęcz Salmopolską, potem Kotarz i Karkoszczonka, a na koniec dorzuciliśmy Klimczok.

Nazwa 'Skrzyczne' pochodzi podobno od skrzeczenia żab, które miały siedlisko w obniżeniu między głównym szczytem a Małym Skrzycznem (źródło: Wikipedia). 

Skrzyczne jest najwyższym szczytem Beskidu Śląskiego (1257m n.p.m.), a co za tym idzie, jest na liście Korony Gór Polski.

W poście będzie Babia Góra z drugiej strony, trochę zimy, trochę jesieni, 8 błogosławieństw oraz... ile czasu, wg góralskiej kapeli spod kościoła w Szczyrku, mija od wesela do chrzcin.

Jedziemy w 4 osoby, parkujemy w Szczyrku na ul. Myśliwskiej (władze miasta pomyślały o turystach i są przygotowane szerokie chodniki z miejscami do parkowania równoległego), dzielimy się na 2 grupki (3 osoby w jednej a druga 1-osobowa) i ruszamy. Jest 7:45

Siostra #2, Trapper i ja mamy do przejścia 24km. Ruszamy zielonym szlakiem pod Skrzyczne. Początkowo ulicą Leśną, wyłożoną płytami betonowymi, potem wchodzimy w las. Trasa bardzo przyjemna. Jest oczywiście mocno pod górkę - na 5km wejdziemy ponad 700m w górę. Szlak dwa razy przekracza nartostradę - śnieg na niej jest zmrożony, ale zaskakująco przyczepny. Na górze jesteśmy o 9:15 - w sam by zobaczyć pierwszego - i jedynego - narciarza, który wjechał na górę wyciągiem krzesełkowym.

Po drodze na Skrzyczne mieliśmy okazję kilka razy zerknąć w lewo, widać Babią Górę, Pilsko i Tatry. Te ostatnie kiepsko, chmury zasłaniają. Ale generalnie dzień, jak na grudzień, całkiem, całkiem. Temperatura około 0, chmury są, ale wysokie, na koniec słońce przebije się.

Jej Wysokość Babia Góra, widok z podejścia na Skrzyczne zielonym szlakiem

Widok z podejścia na Skrzyczne zielonym szlakiem z Szczyrku

Na Skrzycznem krótki posiłek z własnych zapasów (mufinki z mąki kasztanowej!). Na szczęście można wejść do przedsionka schroniska. Zdjęcie ze szczytu i idziemy dalej.

Tatry widziane spod Skrzycznego

Skrzyczne, 1257m n.p.m.

Dalej bardzo przyjemna część trasy - pasmem grzbietowym na Malinowską Skałę i Malinów by zejść na Przełęcz Salmopolską (Biały Krzyż), łączącą Szczyrk z Wisłą.

Pasmo grzbietowe Skrzyczne - Malinowska Skała

Za Malinowską skałą zamieniamy szlak zielony na czerwony - jest to szlak im. Stanisława Huli i będzię nam towarzyszył aż na Klimczok.

Malinowska Skała

Przełęcz Salmopolska - Biały Krzyż

Po drugiej stronie Przełęczy Salmopolskiej zmienia się klimat. Do tej pory było zimowo, choć śniegu mało - poza sztucznie naśnieżonymi nartostradami. A teraz z każdym krokiem robi się coraz bardziej jesienne. Widoki w stronę Brennej nie mają ani trochę białego. No poza białym smogiem unoszącym się nad miejscowością...

Widok na Brenną, szlak czerwony między Kotarzem a Przełęczą Karkoszczonka

Wcześniej jednak moje wprawne oko "krajoznawcy" dostrzega tabliczki z błogosławieństwami z tzw. Kazania na Górze (Ewangelia wg Mateusza, rozdział 5). Powinno ich być 8, na szlaku zauważyłem tylko 4. Może jednak moje oko nie jest tak wprawne jak mi się wydaje...

Tabliczka z cytatem z Ew. wg. Mateusza

Poniżej komplet błogosławieństw:

         Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem ich jest Królestwo Niebios.
Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni.
Błogosławieni cisi, albowiem oni posiądą ziemię.
Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni.
Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią.
Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą.
Błogosławieni pokój czyniący, albowiem oni synami Bożymi będą nazwani.
Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie z powodu sprawiedliwości, albowiem ich jest Królestwo Niebios.

Ewangelia wg. Mateusza, 5:3-10 

"Ołtarz Europy" pod szczytem Kotarz

Na końcu "szlaku błogosławieństw", pod szczytem Kotarz, znajduje się "Ołtarz Europy". Z tabliczki informacyjnej dowiadujemy się, że został zbudowany z kamieni przywiezionych z każdego państwa Europy, plus kamień z Jerozolimy oraz dwa kamienie "nie z tego świata" - kawałki meteorytów.

Tablica informacyjna "Ołtarz Europy" pod szczytem Kotarz

Dochodzimy do Przełęczy Karkoszczonka. Jest 13:15. Wg planu mieliśmy stąd zejść do Szczyrku, ale pada propozycja być dodać sobie Klimczok. Rzut oka na zegarek, szybka kalkulacja (wchodziłem tędy na Klimczok latem tego roku) i idziemy. Jeszcze tylko SMS do czwartej uczestniczki naszej wyprawy - początkowo umawialiśmy się 14:30-45 przy aucie, dodanie Klimczoka przesuwa czas zbiórki na 1515 (zejdziemy na 15:17!)

Widok na Babią Górę i Tatry spod Klimczoka

Widok na Skrzyczne spod Klimczoka

Schodząc z Klimczoka szlakiem niebieskim do Szczyrku przechodzimy obok kościoła "na górce", gdzie akurat odbywa się ślub. Przed kościołem przygyrwa góralska kapela, która śpiewa tak (pisownia oddaje mniej więcej miejscową gwarę):

Wesele, wesele - jutro poprawiny

A za 9 misincy przyjdymy na chrzciny

9 misncy to teraz niemodne

Tu chrzciny bydom za cztyry tygodnie 

           :-) 

 Gratulujemy Państwu Młodym i życzymy długich lat razem!

 

2 lis 2020

Na tropie Krzyża Zakochanych

Ostatniej soboty w doborowym gronie czterech, wspaniałych osób wybrałam się na wyprawę w poszukiwaniu Krzyża Zakochanych. Choć, szczerze pisząc, sam ten krzyż był mi najdoskonalej obojętny, natomiast trasa przewidywała dotarcie na Klimczok, z którego na swojej pierwszej w życiu wyprawie podziwiałam jedynie mgłę dookoła. Zobaczyć te widoki na żywo, a nie tylko na cudzych zdjęciach, ach, jak bardzo tego pragnęłam.  Niestety, pogoda miała być deszczowa, czyli z widoków znów mogły być nici. No cóż, deszczowe wyprawy w góry też mają swoje uroki, zdecydowałam się więc nie rezygnować, może akurat choć kawałeczek górskiej panoramy wyjrzy gdzieś nieśmiało na horyzoncie. 

Początek wyprawy z Brennej o godzinie 8:41 Pogoda bez deszczu, aczkolwiek mokre gałęzie drzew i trawa, oraz dziarsko przesuwające się po niebie siwe chmury groziły tym, że nie będzie to stan trwały. Początek trasy asfaltem, między domami z jednej strony, a uroczym potoczkiem, czy jak to tam nazwać, i przybranymi w jesienne kolory drzewami.  


Napotkana tabliczka oznaczenia szlaku wspomnień obiecuje 2:10 do Krzyża Zakochanych. Coś mi się to wydaje podejrzanie mało, to jednak góry, asfalt w końcu się skończy, ale zobaczymy. Idziemy dalej. Wkrótce faktycznie droga się kończy, wchodzimy w las i dalej wędrujemy już po dywanie z liści, który przykrywa podłoże złożone z małych, luźnych kamieni. Wygląda to całkiem ładnie, choć przy okazji dowiaduję się, że buty, które wybrałam na tę wyprawę, nijak się do tego nie nadają, bo podeszwa jest zbyt cienka i każdy z tych kamyczków odczuję teraz na podeszwach stóp. No ale Klimczok czeka, a po drodze jeszcze Krzyż Zakochanych, który też będzie fajnie zobaczyć.


Oprócz kamieni i liści nie brakuje też błota, czyli taki górski standard, nic szczególnie zaskakującego. Zaczynamy nabierać wysokości, co oznacza, że nagroda w postaci widoków jest już blisko. Jeszcze trochę zasłonięte, ale są. Niebo jest zachmurzone, ale widoczność całkiem przyzwoita. Nie lubię wspinania, ale za każdym razem jak zobaczę „na żywo” taki obrazek, od razu notuję plus 20 do chęci dalszej wspinaczki i plus 50 do kolejnych górskich wypraw.



Po całkiem przyjemnej wędrówce po lesie meldujemy się przy Krzyżu Zakochanych o godzinie 10:30. Krzyż Zakochanych to nie taki zwykły krzyż, który stoi sobie gdzieś na szlaku pod Bukowym Groniem od 1936 roku, ale kawałek romantycznej historii. Upamiętnia miłość ubogiego młodzieńca, Artura, i bogatej panny, która wypoczywając w Brennej zakochała się w nim bez pamięci. Elżbieta, zwana też Elizą, należała do majętnej mieszczańskiej rodziny, która prowadziła karczmę i sklep w Bielsku. Rodzina była głęboko przeciwna związkowi, który widziała jako poważny mezalians, jako że wybranek córki był biednym fryzjerem, lub według innej wersji rozwozicielem pieczywa, i postanowiła zapobiec temu związkowi wysyłając Elizę do rodziny w Austrii. Dziewczyna nie wytrzymała presji i uległa woli rodziny, jednak zanim wyjechała, chcąc upamiętnić swoją miłość, zamówiła u miejscowego rzeźbiarza krzyż, który nakazała ustawić w miejscu, gdzie po raz ostatni widziała swego ukochanego, żegnając go na zawsze. Jakie były dalsze losy nieszczęsnej panny? Wiadomo, że przeżyła wojnę i kilkukrotnie wracała do Brennej, między innymi w 1960 roku. Jej rodzina zginęła w czasie wojennej zawieruchy, ze swoim ukochanym Arturem nie miała więcej kontaktu, być może i jego dosięgła śmierć w czasie wojny. Więcej informacji o losach tej pary nie udało mi się odnaleźć. Pamiątka ich miłości, krzyż wyrzeźbiony w formie drzewa życia, stoi po dziś dzień, a zakochani pod tablicą informacyjną pozostawiają kłódki na znak nieskończonej miłości.



Krzyż znaleziony, obfotografowany, czas najwyższy na dalszą wędrówkę. Polecam oddzielny artykuł Marcina o tym jak dojść do krzyża i jak potem trafić na szlak w nieoznakowanyn terenie.

Podziwiając krople wody na drzewach, nieco przysłoniętą panoramę gór, piękno jesiennego lasu, a następnie mijając stado wypasanych owiec, po chwili postoju na miłą rozmowę z właścicielem rzeczonej zwierzyny na tematy różne, zaczyna się kolejna tortura zwana wspinaczką. Ku mojemu szczęściu moja nagroda za wysiłek zapiera dech w piersiach. Nie, to wcale nie z powodu mieszczuchowej kondycji, a skąd, to oczywista oczywistość, że to tylko przez takie cudne widoki :)



 Dodatkowym bonusem jest tabliczka informacyjna, która komunikuje nam, że znajdujemy się na stoku Stołowego (1045 m n.p.m), a polana, na której się znajdujemy to Bukowy Groń i aktualnie jesteśmy na wysokości 880 m n.p.m. Bukowy Groń był ponoć jednym z najładniej położonych osiedli pasterskich, a obok znajduje się dom w miejscu zwanym „Na Sznurówkę”, zbudowany w 1888 roku. W czasie II wojny światowej wykorzystywany był jako schronienie przez partyzantów. Obecnie górna część polany objęta jest obszarem NATURA 2000 ze względu na to, iż występuje tu wiele gatunków zwierząt oraz roślin. Warto dotrzeć do tego miejsca, bo przy dobrej pogodzie stanowi niezły punkt widokowy na Skrzyczne, Baranią Górę, Pilsko, Babią Górę, pasmo Tatr oraz Trzy Kopce. Nam, niestety, pogoda pod tym względem, nieszczególnie sprzyjała.




 Wędrujemy dalej. Błoto, kamienie, drzewa, liście itp., itd. Ach, i nie zapominajmy o kałużach, czasem dorodnych, czasem niewielkich, zawsze jednak zmuszających do lawirowania bokami z nadzieją, że noga się się omsknie i nie wpadnie prosto do wody. W końcu dochodzimy do momentu decyzji. Szlak właśnie się rozdziela i możemy znacznie skrócić dzisiejszą wędrówkę skręcając od razu na Przełęcz Karkoszczonka, ale kosztem dotarcia na Klimczok, lub, tak jak pierwotnie planowano, dotrzeć na szczyt. Grupie humory dopisują, nikt jeszcze nie ma dość, toteż jednogłośną decyzją, ku mojemu niezmiernemu zadowoleniu, ruszamy zdobywać Klimczok. Niestety, dotąd bezludna trasa, zamienia się w małą autostradę wędrujących w obie strony ludzi, i to zarówno sympatycznych miłośników gór, tak jak i my cieszących się przyrodą, jak i osobników, których rozmowy słychać było na parę kilometrów. Za to błękitne niebo i słońce oferowały możliwość nieskrępowanego nasycenia się panorama okolicy, z tym, że tylko po jednej stronie, druga skryta była w całości we mgle. Będę nieco monotematyczna, ale to dla takich widoków zdecydowałam się ruszyć z kanapy. Męczyć się nie lubię, znacznie bardziej odpowiada mi leżenie i czytanie książki niż wysiłek fizyczny, ale raz zobaczywszy taki widok na własne oczy, przepadłam z kretesem i gotowa jestem godzinami chodzić po kamieniach, błocie, wypluwać płuca wspinając się do góry i torturować kolana na ostrych zejściach w dół, byle tylko po raz kolejny zobaczyć piękno gór i otaczającej je przyrody.  



Godzina 14:20 no i wreszcie jest, mój wymarzony, wytęskniony Klimczok, który na mojej pierwszej w życiu wyprawie odmówił mi swoich widoków, skazując na podziwianie zdjęć innych ludzi ze szczytu. Radość wypełniła mnie po brzegi, bo pogoda umożliwiła mi tym razem nacieszenie się tym miejscem. Tej chwili nie zapomnę do końca życia, choćbym nawet na setne urodziny dotarła na Mount Everest. Klimczok na zawsze został moim pierwszym górskim szczytem i wyjątkowego miejsca w moim sercu nic mu nie odbierze. Widoczność mogłaby być lepsza, ale nawet taka w pełni mnie zadowoliła.




 Skalny ogródek na stoku Klimczoka, złożony z pozostawionych przez ludzi na pamiątkę kamyczków, upamiętniających odwiedzone przez nich miejsca, ucieszył mnie tak samo jak za pierwszym razem, mimo że nie był już niespodzianką, a wyczekiwaną atrakcją. Za pierwszym razem szukałam kamyczka z najwyższą zanotowaną wysokością, jednak teraz postanowiłam odnaleźć najniższą. Ku mojemu zdziwieniu znalazłam aż trzy kamyczki z wysokością 0 m.


Pamiętajcie, drodzy czytelnicy, Klimczok czeka :)



 Kiedy za pierwszym razem schodziłam z Klimczoka uznałam to za nieco fatygujące zadanie. Bonusem wyprawy w poszukiwaniu Krzyża Zakochanych było przekonanie się, że mimo iż od tamtej pory nie mam na koncie ogromu innych wypraw, to i tak to, co na początku było może nie trudne, ale męczące, teraz jest w ogóle niegodne uwagi. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że niespełna miesiąc później będę schodzić tą trasą z kijkami pod pachą jednej ręki, drugą trzymając spożywaną właśnie bułkę, i to po parogodzinnej wędrówce, to postukałabym się z niedowierzaniem w głowę. Zejście z Klimczoka naprawdę nie jest żadnym wyczynem, ale jednak różnica odczuwania zmęczenia i ta lekkość w schodzeniu w dół strasznie mnie ucieszyły. Taki miły prognostyk na przyszłość, ukazujący, że to, co teraz mnie męczy i zmusza do maksymalnego wysiłku też kiedyś będzie spacerkiem a nie walką o życie.Ze względu na krótszy dzień jesienną porą, trzeba było szybko przebierać nogami, by zdążyć wrócić do auta przed zachodem słońca. O 14:40 zaczęliśmy trasę powrotną całkiem przyjemną, dość wąską dróżką, z boku której towarzyszyły nam piękne widoki.  

Osobiście szło mi się całkiem przyjemnie, bo drogę od pewnego momentu zaczęły tworzyć kamienie plus korzenie, które stworzyły coś w rodzaju schodów, po których trzeba było może nieco skakać z prawa na lewą, ale znacznie ułatwiały mi zejście. Jednak mój mąż, który towarzyszył mi w tej wyprawie zaczął mieć problemy ze sprawnym pokonywaniem kolejnych kilometrów. Nie wiem, czy przyczyną była większa stopa, wymagająca większej powierzchni do bezpiecznego ustawienia, brak wprawy w asekuracji kijkami i obawa o kontuzję, czy po prostu zmęczenie, ale faktem jest, że zaczęliśmy zwalniać. A kiedy jakieś 20 minut później trasa zaczęła prowadzić mocno w dół po samych kamieniach, zaczęliśmy oglądać sylwetki pozostałych członków grupy niknące pomału w oddali. Nie powiem, żeby ten fragment wyprawy był dla mnie szczególnie przyjemny, ale raczej nie miałabym większych problemów z nadążaniem za resztą, a dzieli nas z mężem różnica jedynie dwóch całodniowych wypraw w góry. On, z racji pracy, ma na koncie tylko dwie, ja załapałam się na cztery dłuższe i jedną krótszą.



Około 40 minut od początku trudnego dla mojego męża zejścia, dotarliśmy na Przełęcz Karkoszczonka, co oznaczało że do mety, czyli Brennej Bukowa, zostało według mapy 40 minut drogi. Niestety, nie było czasu, by stanąć chwilę i podziwiać widoki, więc tylko szybka fotka i ruszyliśmy dalej.



Mokro, liściasto, drzewiasto i kamieniście, tak można trzema słowami opisać ten fragment szlaku. Podziwiać za to można było rozmaite kolory przyrody w jesiennych barwach, to zielone, to w rozmaitych odcieniach beżu i rudości. Gdy dotarliśmy do asfaltowej drogi można było przyspieszyć nieco tempo marszu, a wkrótce dogoniliśmy pozostałych członków wyprawy, minus jedna sztuka. Załamany tempem swoich Włóczykijów, szef wyprawy, czyli Marcin, postanowił chwilę wcześniej dziarskim krokiem podążyć samotnie na parking po samochód i podjechać bliżej, aby ciemna noc nie złapała nas toczących się jeszcze do miejsca postoju naszego transportu do domu. Po drodze można było jeszcze nacieszyć się potoczkiem, czy co to tam jest. Niezależnie od nazewnictwa woda, drzewa i liście tworzyła miły, godny uwiecznienia na zdjęciach widok.



O 16:17 uroczysty pochód Włóczykijów minął szlaban przy Brennej Bukowa i leniwym krokiem procesja zaczęła toczyć się naprzód w oczekiwaniu nadjeżdżającego samochodu, co też rychło nastąpiło i zmęczeni wędrowcy zaczęli powrót do domów.

Podsumowując całokształt, jestem zachwycona tą wyprawą. Trasa nie należy do szczególnie trudnych, choć wymagała, niestety jeszcze jak zwykle, wypluwania przeze mnie płuc na wchodzeniu pod górę, choć jakby delikatnie mniej. Zejście, przynajmniej dla mnie, nieszczególnie problematyczne, choć za schodzeniem po luźnych kamieniach nie przepadam, ale cóż, takie są górskie szlaki, i trzeba się z tym pogodzić. Pogoda wspaniała, chłodno, ale nie zimno, słoneczko i błękit nieba i te widoki… No przed wszystkim – KLIMCZOK!  I tak jeszcze na niego wrócę :)


18 wrz 2020

Pętla z Brennej: Klimczok - Błatnia

Ruszając z Palowic o 9:15 mam być z powrotem najpóźniej na 16:00. Szkoda pięknie zapowiadającej się soboty, więc planuję krótki wypad w Beskid Śląski. Biorąc pod uwagę dojazd z i powrót do Palowic, zostaje mi jakieś 5h na góry. Wybór pada na pętlę z Brennej: Klimczok - Trzy Kopce - Błatnia:

Trzeba jeszcze wziąć pod uwagę powrót chodnikiem wzdłuż Brennej na parking. Myślę więc o takiej trasie - zejście z Błatnej stokówką przez las zamiast szlakiem:


- która skróci pętlę, oszczędzi mi dreptania wzdłuż szosy przez pół Brennej (4km) oraz pozwoli zahaczyć o Krzyż Zakochanych. Jak się okaże, dwa pierwsze cele zrealizuję perfekcyjnie, trzeci  mi umknie. Ale po kolei.

W Brennej na parkingu na końcu ul. Bukowej (przed pętlą PKS). Parking obszerny, szerokie miejsca, wyłożony kostką chodnikową. I darmowy. Brawo dla włodarzy Brennej - takich parkingów w miejscowości jest co najmniej 4, w tym 3 na końcu wsi, skąd zaczyna się żółty szlak na Klimczok.



Pierwsze km asfaltem, najpierw szosą, potem szlak skręca w las, ale dalej asfalt. Dopiero przed Karkoszczonką zaczyna się szlak z prawdziwego zdarzenia. Z Brennej Bukowa do Karkoszczonki dochodzę w 30min (znak pokazuje 1h).




Z Karkoszczonki na Klimczok zaczyna się bardziej strome, kamieniste podejście. Trzeba nabrać wysokości, bo przecież Klimczok to "kawał góry" - 1117m n.p.m. Po drodze otwiera się widok najpierw na Skrzyczne, potem Tatry. Ten kawałek szlaku (czerwony) to fragment pętli wokół Szczyrku - nazwanej imieniem S. Huli. Ale nie sympatycznego skoczka narciarskiego Stefana, a Stanisława - wieloletniego prezesa PTTK w Szczyrku. 

Na Klimczoku melduję się punktualnie w południe - 1:35h po starcie z Brennej. Schronisko omijam, ale na szczycie spędzam trochę czasu - najpierw w specyficznym "ogródku kamieni" przytarganych przez bielski oddział PTTK z różnych szczytów z całego świata... wśród których jest i "szczyt Gdańska", 96m n.p.m.). Ogródek ten zwiedziła też Ingegjerd (gość bloga) w czasie swojej pierwszej górskiej wycieczki






...potem nie mogę oderwać wzroku od widoków - pięknie widać Tatry wysokie, pomiędzy Babią Górą po lewej a Pilskiem po prawej.

zdjęcie z aplikacji World Peaks




Idąc grzbietem z Klimczoka na Błatnią szukam Pani Jesieni - może chociaż gdzieś płaszczem drzewa musnęła... Ale nie, wszystko dookoła zielone. Czerwona jest tylko kalina. Piękne mamy lato tego roku (to przecież już ostatni weekend tego lata!).



Na rozległej hali pod Błatnią bezskutecznie szukam drogi odchodzącej w lewo - do Krzyża Zakochanych i Brennej. Dochodzę do schroniska i wiem, że jestem za daleko (Google pomaga). Idąc z powrotem, dostrzegam trawiastą "drogę" odchodzącą w prawo (patrząc od schroniska). Najpierw ledwo widoczna, potem przechodzi w leśną stokówkę. Ta droga nie jest oznaczona szlakiem, więc trzeba uważać. Zejście do Brennej nie stanowi większego problemu (trafiam na ulicę Jaworową), ale Krzyża Zakochanych nie znajduję. Dopiero w Brennej, po drodze na parking na Bukowej odnajduję dwie tabliczki wskazujące ten krzyż - lokalna ścieżka, bez oznaczeń. Muszę  jechać po tatę do Palowic i nie mam czasu na powrót, postanawiam więc wrócić "kiedyś" i poszukać tego krzyża. Jest to pamiątka zakochanych, których rodzice zmusili do rozstania (historia z 1936r).

Po drodze, schodząc ulicą Jaworową natrafiam na miejsce zbrodni...


Do parkingu docieram o 14:45, czyli 4:20h po wyruszeniu. W sam raz by zdążyć na 16:00 do Palowic.

Data przejścia: 19.09.2020

Edit: 31.10.2020, idąc z Brennej, udało mi się trafić na Krzyż Zakochanych. Opis ścieżki oraz jak potem trafić w nieoznakowanym terenie do żółtego szlaku Błatnia - Klimczok w tym poście.