Ostatniej soboty w doborowym gronie czterech, wspaniałych osób wybrałam się na wyprawę w poszukiwaniu Krzyża Zakochanych. Choć, szczerze pisząc, sam ten krzyż był mi najdoskonalej obojętny, natomiast trasa przewidywała dotarcie na Klimczok, z którego na swojej pierwszej w życiu wyprawie podziwiałam jedynie mgłę dookoła. Zobaczyć te widoki na żywo, a nie tylko na cudzych zdjęciach, ach, jak bardzo tego pragnęłam. Niestety, pogoda miała być deszczowa, czyli z widoków znów mogły być nici. No cóż, deszczowe wyprawy w góry też mają swoje uroki, zdecydowałam się więc nie rezygnować, może akurat choć kawałeczek górskiej panoramy wyjrzy gdzieś nieśmiało na horyzoncie.
Początek wyprawy z Brennej o godzinie 8:41 Pogoda bez deszczu,
aczkolwiek mokre gałęzie drzew i trawa, oraz dziarsko przesuwające
się po niebie siwe chmury groziły tym, że nie będzie to stan
trwały. Początek trasy asfaltem, między domami z jednej strony, a
uroczym potoczkiem, czy jak to tam nazwać, i przybranymi w jesienne kolory drzewami.


Napotkana tabliczka oznaczenia szlaku wspomnień obiecuje 2:10 do Krzyża Zakochanych. Coś mi się to wydaje podejrzanie mało, to jednak góry, asfalt w końcu się skończy, ale zobaczymy. Idziemy dalej. Wkrótce faktycznie droga się kończy, wchodzimy w las i dalej wędrujemy już po dywanie z liści, który przykrywa podłoże złożone z małych, luźnych kamieni. Wygląda to całkiem ładnie, choć przy okazji dowiaduję się, że buty, które wybrałam na tę wyprawę, nijak się do tego nie nadają, bo podeszwa jest zbyt cienka i każdy z tych kamyczków odczuję teraz na podeszwach stóp. No ale Klimczok czeka, a po drodze jeszcze Krzyż Zakochanych, który też będzie fajnie zobaczyć.

Oprócz kamieni i liści nie brakuje też błota, czyli taki górski
standard, nic szczególnie zaskakującego. Zaczynamy nabierać
wysokości, co oznacza, że nagroda w postaci widoków jest już
blisko. Jeszcze trochę zasłonięte, ale są. Niebo jest
zachmurzone, ale widoczność całkiem przyzwoita. Nie lubię
wspinania, ale za każdym razem jak zobaczę „na żywo” taki
obrazek, od razu notuję plus 20 do chęci dalszej wspinaczki i plus 50 do
kolejnych górskich wypraw.

Po całkiem przyjemnej wędrówce po lesie meldujemy się przy Krzyżu
Zakochanych o godzinie 10:30. Krzyż Zakochanych to nie taki zwykły
krzyż, który stoi sobie gdzieś na szlaku pod Bukowym Groniem od
1936 roku, ale kawałek romantycznej historii. Upamiętnia miłość
ubogiego młodzieńca, Artura, i bogatej panny, która wypoczywając
w Brennej zakochała się w nim bez pamięci. Elżbieta, zwana też
Elizą, należała do majętnej mieszczańskiej rodziny, która
prowadziła karczmę i sklep w Bielsku. Rodzina była głęboko
przeciwna związkowi, który widziała jako poważny mezalians, jako
że wybranek córki był biednym fryzjerem, lub według innej wersji
rozwozicielem pieczywa, i postanowiła zapobiec temu związkowi
wysyłając Elizę do rodziny w Austrii. Dziewczyna nie wytrzymała
presji i uległa woli rodziny, jednak zanim wyjechała, chcąc
upamiętnić swoją miłość, zamówiła u miejscowego rzeźbiarza
krzyż, który nakazała ustawić w miejscu, gdzie po raz ostatni
widziała swego ukochanego, żegnając go na zawsze. Jakie były
dalsze losy nieszczęsnej panny? Wiadomo, że przeżyła wojnę i
kilkukrotnie wracała do Brennej, między innymi w 1960 roku. Jej
rodzina zginęła w czasie wojennej zawieruchy, ze swoim ukochanym
Arturem nie miała więcej kontaktu, być może i jego dosięgła
śmierć w czasie wojny. Więcej informacji o losach tej pary nie
udało mi się odnaleźć. Pamiątka ich miłości, krzyż
wyrzeźbiony w formie drzewa życia, stoi po dziś dzień, a
zakochani pod tablicą informacyjną pozostawiają kłódki na znak
nieskończonej miłości.


Krzyż znaleziony, obfotografowany, czas najwyższy na dalszą
wędrówkę. Polecam oddzielny artykuł Marcina o tym jak dojść do krzyża i jak potem trafić na szlak w nieoznakowanyn terenie.
Podziwiając krople wody na drzewach, nieco przysłoniętą
panoramę gór, piękno jesiennego lasu, a następnie mijając stado
wypasanych owiec, po chwili postoju na miłą rozmowę z właścicielem
rzeczonej zwierzyny na tematy różne, zaczyna się kolejna tortura
zwana wspinaczką. Ku mojemu szczęściu moja nagroda za wysiłek
zapiera dech w piersiach. Nie, to wcale nie z powodu mieszczuchowej
kondycji, a skąd, to oczywista oczywistość, że to tylko przez takie
cudne widoki :)

Dodatkowym bonusem jest tabliczka informacyjna, która komunikuje
nam, że znajdujemy się na stoku Stołowego (1045 m n.p.m), a
polana, na której się znajdujemy to Bukowy Groń i aktualnie
jesteśmy na wysokości 880 m n.p.m. Bukowy Groń był ponoć jednym
z najładniej położonych osiedli pasterskich, a obok znajduje się
dom w miejscu zwanym „Na Sznurówkę”, zbudowany w 1888 roku. W
czasie II wojny światowej wykorzystywany był jako schronienie przez
partyzantów. Obecnie górna część polany objęta jest obszarem
NATURA 2000 ze względu na to, iż występuje tu wiele gatunków
zwierząt oraz roślin. Warto dotrzeć do tego miejsca, bo przy
dobrej pogodzie stanowi niezły punkt widokowy na Skrzyczne, Baranią
Górę, Pilsko, Babią Górę, pasmo Tatr oraz Trzy Kopce. Nam,
niestety, pogoda pod tym względem, nieszczególnie sprzyjała.


Wędrujemy dalej. Błoto, kamienie, drzewa, liście itp., itd. Ach, i
nie zapominajmy o kałużach, czasem dorodnych, czasem niewielkich,
zawsze jednak zmuszających do lawirowania bokami z nadzieją, że
noga się się omsknie i nie wpadnie prosto do wody. W końcu
dochodzimy do momentu decyzji. Szlak właśnie się rozdziela i
możemy znacznie skrócić dzisiejszą wędrówkę skręcając od
razu na Przełęcz Karkoszczonka, ale kosztem dotarcia na Klimczok,
lub, tak jak pierwotnie planowano, dotrzeć na szczyt. Grupie humory
dopisują, nikt jeszcze nie ma dość, toteż jednogłośną decyzją,
ku mojemu niezmiernemu zadowoleniu, ruszamy zdobywać Klimczok.
Niestety, dotąd bezludna trasa, zamienia się w małą autostradę
wędrujących w obie strony ludzi, i to zarówno sympatycznych miłośników gór, tak jak i my cieszących się przyrodą, jak i osobników, których rozmowy słychać było na parę kilometrów. Za to błękitne niebo i słońce
oferowały możliwość nieskrępowanego nasycenia się panorama
okolicy, z tym, że tylko po jednej stronie, druga skryta była w całości we mgle. Będę nieco monotematyczna, ale to dla takich widoków
zdecydowałam się ruszyć z kanapy. Męczyć się nie lubię,
znacznie bardziej odpowiada mi leżenie i czytanie książki niż
wysiłek fizyczny, ale raz zobaczywszy taki widok na własne oczy,
przepadłam z kretesem i gotowa jestem godzinami chodzić po
kamieniach, błocie, wypluwać płuca wspinając się do góry i
torturować kolana na ostrych zejściach w dół, byle tylko po raz
kolejny zobaczyć piękno gór i otaczającej je przyrody.


Godzina 14:20 no i wreszcie jest, mój wymarzony, wytęskniony
Klimczok, który na mojej pierwszej w życiu wyprawie odmówił mi
swoich widoków, skazując na podziwianie zdjęć innych ludzi ze
szczytu. Radość wypełniła mnie po brzegi, bo pogoda umożliwiła
mi tym razem nacieszenie się tym miejscem. Tej chwili nie zapomnę
do końca życia, choćbym nawet na setne urodziny dotarła na Mount
Everest. Klimczok na zawsze został moim pierwszym górskim szczytem
i wyjątkowego miejsca w moim sercu nic mu nie odbierze. Widoczność
mogłaby być lepsza, ale nawet taka w pełni mnie zadowoliła.


Skalny ogródek na stoku Klimczoka, złożony z pozostawionych przez
ludzi na pamiątkę kamyczków, upamiętniających odwiedzone przez
nich miejsca, ucieszył mnie tak samo jak za pierwszym razem, mimo że
nie był już niespodzianką, a wyczekiwaną atrakcją. Za pierwszym
razem szukałam kamyczka z najwyższą zanotowaną wysokością,
jednak teraz postanowiłam odnaleźć najniższą. Ku mojemu
zdziwieniu znalazłam aż trzy kamyczki z wysokością 0 m.
Pamiętajcie, drodzy czytelnicy, Klimczok czeka :)
Kiedy za pierwszym razem schodziłam z Klimczoka uznałam to za nieco
fatygujące zadanie. Bonusem wyprawy w poszukiwaniu Krzyża
Zakochanych było przekonanie się, że mimo iż od tamtej pory nie
mam na koncie ogromu innych wypraw, to i tak to, co na początku było
może nie trudne, ale męczące, teraz jest w ogóle niegodne uwagi.
Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że niespełna miesiąc później
będę schodzić tą trasą z kijkami pod pachą jednej ręki, drugą
trzymając spożywaną właśnie bułkę, i to po parogodzinnej wędrówce, to postukałabym się z
niedowierzaniem w głowę. Zejście z Klimczoka naprawdę nie jest
żadnym wyczynem, ale jednak różnica odczuwania zmęczenia i ta
lekkość w schodzeniu w dół strasznie mnie ucieszyły. Taki miły
prognostyk na przyszłość, ukazujący, że to, co teraz mnie męczy
i zmusza do maksymalnego wysiłku też kiedyś będzie spacerkiem a
nie walką o życie.Ze
względu na krótszy dzień jesienną porą, trzeba było szybko
przebierać nogami, by zdążyć wrócić do auta przed zachodem
słońca. O 14:40 zaczęliśmy trasę powrotną całkiem przyjemną,
dość wąską dróżką, z boku której towarzyszyły nam piękne
widoki.

Osobiście szło mi się całkiem przyjemnie, bo drogę od pewnego
momentu zaczęły tworzyć kamienie plus korzenie, które stworzyły
coś w rodzaju schodów, po których trzeba było może nieco skakać
z prawa na lewą, ale znacznie ułatwiały mi zejście. Jednak mój
mąż, który towarzyszył mi w tej wyprawie zaczął mieć problemy
ze sprawnym pokonywaniem kolejnych kilometrów. Nie wiem, czy
przyczyną była większa stopa, wymagająca większej powierzchni do
bezpiecznego ustawienia, brak wprawy w asekuracji kijkami i obawa o
kontuzję, czy po prostu zmęczenie, ale faktem jest, że zaczęliśmy
zwalniać. A kiedy jakieś 20 minut później trasa zaczęła prowadzić mocno w dół po samych
kamieniach, zaczęliśmy oglądać sylwetki
pozostałych członków grupy niknące pomału w oddali. Nie powiem,
żeby ten fragment wyprawy był dla mnie szczególnie przyjemny, ale
raczej nie miałabym większych problemów z nadążaniem za resztą,
a dzieli nas z mężem różnica jedynie dwóch całodniowych wypraw
w góry. On, z racji pracy, ma na koncie tylko dwie, ja załapałam
się na cztery dłuższe i jedną krótszą.

Około 40 minut od początku trudnego dla mojego męża zejścia,
dotarliśmy na Przełęcz Karkoszczonka, co oznaczało że do mety,
czyli Brennej Bukowa, zostało według mapy 40 minut drogi. Niestety, nie było czasu, by stanąć chwilę i podziwiać widoki, więc tylko szybka fotka i ruszyliśmy dalej.

Mokro, liściasto, drzewiasto i kamieniście, tak można trzema
słowami opisać ten fragment szlaku. Podziwiać za to można było rozmaite kolory przyrody w jesiennych barwach, to zielone, to w rozmaitych odcieniach beżu i rudości. Gdy dotarliśmy do asfaltowej drogi można było przyspieszyć nieco
tempo marszu, a wkrótce dogoniliśmy pozostałych członków
wyprawy, minus jedna sztuka. Załamany tempem swoich Włóczykijów,
szef wyprawy, czyli Marcin, postanowił chwilę wcześniej dziarskim krokiem podążyć samotnie na parking po samochód i podjechać bliżej, aby ciemna noc nie
złapała nas toczących się jeszcze do miejsca postoju naszego
transportu do domu. Po drodze można było jeszcze nacieszyć się
potoczkiem, czy co to tam jest. Niezależnie od nazewnictwa woda,
drzewa i liście tworzyła miły, godny uwiecznienia na zdjęciach
widok.

O 16:17 uroczysty pochód Włóczykijów minął szlaban przy Brennej
Bukowa i leniwym krokiem procesja zaczęła toczyć się naprzód w
oczekiwaniu nadjeżdżającego samochodu, co też rychło nastąpiło i zmęczeni wędrowcy zaczęli powrót do domów.
Podsumowując całokształt,
jestem zachwycona tą wyprawą. Trasa nie należy do szczególnie trudnych,
choć wymagała, niestety jeszcze jak zwykle, wypluwania przeze mnie
płuc na wchodzeniu pod górę, choć jakby delikatnie mniej. Zejście, przynajmniej dla mnie, nieszczególnie problematyczne, choć za schodzeniem po
luźnych kamieniach nie przepadam, ale cóż, takie są górskie
szlaki, i trzeba się z tym pogodzić. Pogoda wspaniała, chłodno,
ale nie zimno, słoneczko i błękit nieba i te widoki… No przed
wszystkim – KLIMCZOK! I tak jeszcze na niego wrócę :)