Analytics

English blog

Snufkin - my blog in English

Hello English speakers , My blog is in Polish and it will stay that way. You can use the Google translate widget provided. This said, I have...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskid Żywiecki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskid Żywiecki. Pokaż wszystkie posty

8 lis 2020

Polica

Polica to mała znana i rzadko odwiedzana góra we wschodniej części Beskidu Żywieckiego. Niesłusznie - po pierwsze, po Babiej Górze, Pilsku i Małej Babiej Górze, to czwarty najwyższy szczyt całych Beskidów (licząc Babią Górę jako jeden szczyt, bez rozróżniania kulminacji Gówniak, Kępa i Diablak - każda z nich jest wyższa od Policy). Po drugie, pod szczytem jest piękna Hala Krupowa z widokiem na Tatry, z drugiej strony Hala Śmietanowa z widokiem na Babią Górę i Beskid Makowski a po trzecie, szczyt ma swoją ciekawą historię (katastrofa lotnicza z 1969, szczyt graniczny w czasach okupacji).

Widok na Tatry z czarnego szlaku na Halę Krupową

Klub Włóczykijów wybrał się na Policę w słoneczny listopadowy dzień. Jest nas troje, dla moich towarzyszy to pierwszy raz na Policy (dla mnie drugi, po przejściu Głównego Szlaku Beskidzkiego). Wcielam się więc w rolę przewodnika. Wybrałem ciekawą pętlę z Sidziny Wielkiej Polany. Niedługa (16,8km szlakiem + 2km szosą), co ma znaczenie w krótki listopadowy dzień ale jednocześnie pokazującą wszystkie walory masywu Policy. Niewątpliwym atutem trasy jest mała liczba ludzi na szlaku. Podejrzewam, że parking na Krowiarkach był pełen ale wszyscy poszli na Babią Górę. My w ciągu całego dnia spotykamy zaledwie kilkunastu turystów. Na dodatek - mamy okazję przejść każdym z pięciu kolorów jakimi oznaczane są szlaki w Polsce.


Zaczynamy o 7:30 z niedużego parkingu Sidzina Wielka Polana. Pierwszym szlakiem jest czarny, prowadzący na Halę Krupową. Dochodzimy do niej po godzinie wspinaczki, niezbyt stromym podejściem. Ranek jest chłodny, ale już po 40min kurtka trafia do plecaka i zostanie tam już do końca dnia. Po drodze warto co jakiś czas obejrzeć się za siebie - bezchmurne niebo, mgły nad Podhalem a ponad nimi ostre szczyty Tatr oświetlane listopadowym słońcem. Przepięknie.

Widok na Tatry z czarnego szlaku na Halę Krupową

Na Hali Krupowej kontynuujemy podziwianie widoków. Jest tak przyjemnie, że robimy sobie kilkunastominutowy postój na śniadanie na tarasie schroniska. Wiedząc, że kolejnych kilka godzin pójdziemy przez las, bez spektakularnych widoków, przedłużam przerwę. Warto.

Schronisko na Hali Krupowej 

Na Hali Krupowej krzyżuje się kilka szlaków, w tym czerwony Główny Szlak Beskidzki. W drugiej części wędrówki przejdziemy nim kawałek od Cylu Hali Śmietanowej na Policę.

Rozwidlenie szlaków na Hali Krupowej

Wybieramy szlak zielony, który prowadzi trawersem północnego zbocza Policy do Hali Śmietanowej. Szlak w większości przez las, sporo błota. Od czasu do czasu między drzewami otwiera się widok na północ - Beskid Makowski, gdzieś na horyzoncie jest Kraków.

Widok z północnego zbocza Policy

W połowie trawersu zatrzymujemy się przy krzyżu postawionym w miejscu katastrofy lotniczej samolotu An-24 LOT z 1969r. Samolot lecący z Warszawy do Krakowa, ominął lotnisko docelowe i w gęstej mgle wbił się w północny stok Policy. Patrząc ze stoku na północ, łatwo sobie to wyobrazić - pod nami są dość niskie wzgórza, a Polica gwałtownie wznosi się na ponad 1300m. Z wypadkiem wiąże się wiele niejasności. Jedna z teorii mówi, że była to próba porwania samolotu i ucieczki do Wiednia (co wyjaśniałoby dlaczego samolot nie podszedł do lądowania w Krakowie i kontynuował lot, na niskim pułapie na południe). Druga wersja wydarzeń mówi o problemach zdrowotnych pierwszego pilota i braku doświadczenia drugiego, który przejął stery.

Krzyż na miejscu katastrofy lotniczej na Policy w 1969r.

Na szczycie Policy, gdzie dotrzemy później, jest pomnik w kształcie statecznika samolotu i lista wszystkich ofiar. Wśród nich jest nazwisko Ireny Tetelowskiej-Szewczyk, która wsiadła do samolotu trochę przypadkowo, po odstąpieniu biletu przez kolegę, który wybrał powrót z sympozjum w Warszawie do Krakowa pociągiem. 

 
Pomnik upamiętniający ofiary katastrofy lotniczej z 1969r.

Szlak prowadzi nas do hali Śmietanowej, gdzie skręcamy w lewo na niebieski i za chwilę jeszcze raz w lewo na szlak żółty, który dość stromym podejściem zaprowadzi nas na Cyl Hali Śmietanowej, skąd czerwonym - Głównym Szlakiem Beskidzkim - przejdziemy na szczyt Policy.


Pogoda dalej jest rewelacyjna. W dolinach utrzymuje się mgła, ale z naszej perspektywy niebo jest bezchmurne i intensywnie błękitne. Warto wędrować w listopadzie! Pod Policą (a konkretnie na Cylu Hali Śmietanowej) robimy sobie drugą przerwę, jest po prostu zbyt pięknie by iść dalej. Miło spędzamy czas w jakże pięknych okolicznościach przyrody. Polica jest zalesiona, ale w tym miejscu otwiera się na południe i południowy zachód.

Widok na Babią Górę z Cylu Hali Śmietanowej

Widok ze szczytu Policy

Trzeba jednak iść dalej. Schodząc niebieskim szlakiem do przełęczy Zubrzyckiej robimy ostatnie zdjęcia. Zostawiam uczestników na przełęczy a sam idę ok. 2km szosą po samochód. Taki przywilej kierowcy-przewodnika.

3 paź 2020

Wschód słońca na Babiej Górze (i Orawiak w pakiecie)

Czegoś takiego w górach jeszcze nie przeżyłem. Huraganowy Orawiak (Wikipedia opisuje wiatr z punktu widzenia Tatr, na Babiej Górze to wiatr południowo-wschodni), który chyba chciał pozrzucać z góry amatorów jesiennego wschodu słońca. Babia Góra to na szczęście nie Tatry (tego samego dnia, 3.10.2020 prasa donosiła o kobiecie zdmuchniętej z grani Wołowca, skończyło się na szczęście na lekkich obrażeniach), ale na wszelki wypadek trzymałem się z dala od północnej krawędzi szczytu (jedynej z której można spaść). Około setki ludzi, stłoczonych jak uchodźcy za kamiennym murkiem zbudowanym na szczycie Babiej. Ubrani lub owinięci w co się dało. Ja miałem na sobie 4 warstwy odzieży, w tym dwie kurtki. Zrobienie zdjęcia wymagało wychylenia się za murek, co kończyło się uderzeniem wiatru w ciało i próbą wyrwania komórki. Pstryk i znowu za murek. Trochę wyglądaliśmy jak stado pingwinów - co chwilę ktoś wychodził do pierwszego rzędu, żeby mieć zdjęcie nie zasłonięte ludźmi, ale zaraz chował się w tłum a na przód wychodził inny śmiałek.

Mimo to warto było - szalony wyjazd w nocy na przełęcz Krowiarki i nocna wspinaczka. Wschód może nie był perfekcyjny, ale w każdym wschodzie jest niepowtarzalne piękno.

Po tym opisie na gorąco, pora na uporządkowanie wpisu i oczywiście zdjęcia. Pomysł kiełkował jakiś czas, ale wiedziałem, że prędzej czy później to zrobię - wschód słońca na Babiej Górze, Królowej Beskidów. Zaplanowałem sobotę 3.01.2020. Po deszczowym tygodniu miał przyjść południowo-wschodni wiatr i rozgonić chmury. Wiatr rzeczywiście przyszedł. Co prawda deszczowe rozgonił, ale przywiał nowe i wschód nie był klasyczny. Wciąż jednak piękny.

Jadę z Robertem, 3 innych chętnych się wykruszyło (i dobrze zrobili, doświadczenie okazało się ekstremalne). Wyjazd przed 1:00 w nocy, na Krowiarkach meldujemy się 3:20. Termometr pokazuje 14st, ale da się odczuć chłodny wiatr. Ubieramy się, zakładamy czołówki i punkt 3:30 ruszamy w drogę. Nie jesteśmy sami. Na parkingu zajęty jest cały rząd samochodów, my jesteśmy w drugim; zanim wyruszymy, parkują 3 kolejne.

Początek wspinaczki jest przyjemny. Ściągam nawet kurtkę, czapka nie jest potrzebna. To zmieni się po wyjściu ponad granicę lasu. Kosodrzewina daje trochę osłony, ale mamy przedsmak tego co czeka nas na długim paśmie szczytowym. Wiatr wieje z południowego wschodu, uderza nas więc z lewej, trochę od tyłu, czasami szlak minimalnie skręca i wtedy wiatr w twarz chce nas posadzić. Raz mu się udało, gdzieś w okolicach Gówniaka. Noc jest jasna, jest pełnia księżyca. Powyżej kosodrzewiny w zasadzie nie trzeba czołówek. Ale zdecydowanie trzeba się ubrać w kurtki, czapki, rękawiczki. Te pierwsze mam nawet dwie - letnia wiatrówka i druga, którą używam na jesienne i nawet zimowe wędrówki.

Daliśmy sobie 3h na wejście, ale Robert wchodzi w 1:15 a ja w 1:50 (latem w czasie GSB potrzebowałem 2:30). W efekcie jesteśmy na szczycie o godzinę za wcześnie. Jesteśmy wdzięczni za ustawiony na szczycie murek - wiatrochron, chowamy się za nim i czekamy.


Po długim oczekiwaniu pojawiają się pierwsze brzaski. Robienie zdjęć jest ekstremalnie trudne. Na otwartej przestrzeni wiatr chce wyrwać komórkę. Wpadam więc na pomysł robienia zdjęć zza murka - daje to nawet ciekawy efekt. Murek jest oświetlony czołówkami innych uczestników spektaklu.

Próba obserwowania spektaklu przed murkiem jest z góry skazana na niepowodzenie. Stosujemy rotację - zdjęcie z pierwszego rzędu widzów i chowamy sie w tłumie.



Chmury na wschodzie sprawiają, że nie widać kuli słońca wyłaniającej się zza horyzontu. Ale kolory nieba i gór są piękne, jedyny w swoim rodzaju. Robimy jeszcze kilka zdjęć i schodzimy czerwonym szlakiem w kierunku schroniska Markowe Szczawiny, w zamyśle gorące śniadanie.

Początek zejścia do łatwych nie należy. Wiatr spycha na bok. Wybieram więc drogę trochę na prawo od szlaku - jest trudniej, większe kamienie, ale przynajmniej jestem częściowo osłonięty od wiatru. Po zejściu z kamiennego rumowiska znowu uderza wiatr. Prosty odcinek szlaku, do granicy kosodrzewiny to walka o każdy krok. Gdy stoję, wiatr raczej nie ruszy moich 70kg. Ale gdy tylko krok się zachwieje na śliskich kamieniach, wiatr próbuje zepchnąć w prawo. Idę trochę zygzakiem, pewnie z góry to komicznie wygląda.

Od granicy kosodrzewiny robi się spokojniej. Schodzimy do Przełęczy Brona i decydujemy, że zamiast na śniadanie, pójdziemy się przywitać z Księżniczką Małą Babią Górą, a potem przez Żywieckie Rozstaje dojdziemy do schroniska. 

Jajecznica na kiełbasie smakuje rewelacyjnie. Ma podstawową zaletę - jest gorąca. W środku miejsc nie ma, więc musimy jeść na zewnątrz. Trzeba jeść szybko, zanim wiatr zdąży ją ochłodzić.

Schodzimy klasycznie, niebieskim szlakiem na Krowiarki. Schowani za górą, wychodzi słońce i turyści idący w górę w T-shirtach trochę dziwnie patrzą na nas, ciągle w czapkach i kurtkach. Zrzucamy niepotrzebną odzież i już bez przygód dochodzimy na parking, gdzie wita nas pan Parkingowy i kasuje należne 15zł. Wcześniej jeszcze zdjęcie tablicy pokazującej jak Babia Góra wygląda z czterech stron świata.

I gwoli formalności, mapka z trasą - można rzec babiogórski klasyk.

26 wrz 2020

Mała Babia Góra

Data przejścia: 26.09.2020

Miały być Czerwone Wierchy, ale mój towarzysz wypadł w ostatniej chwili a sam w deszczowe Tatry nie jadę. Zastępczo wymyśliłem pętlę z Zawoi Wilczne - pod Mędralową - Mała Babia - Markowe Szczawiny - Zawoja Wilczne. Mała Babia Góra zwykle jest zdobywana przy okazji wejścia na Diablak. Ale góra, która wznosi się na 1517m n.p.m. zdecydowanie zasługuje na specjalne wejście, dedykowane tylko jej. I jeśli Babia Góra to Królowa Beskidów, to Mała Babia jest zdecydowanie Księżniczką

Dzień zapowiada się deszczowo, ale już jakiś czas temu nauczyłem się, że każda pogoda jest dobra, to tylko kwestia ubrania *). Jestem więc przygotowany na zmoknięcie pod Babią Górą. Ekipie obiecuję, parafrazując Winstona Churchila "deszcz, błoto, zimno i brak widoków". Z tym ostatnim nie trafiłem :-) - choć pierwsze zdjęcia widokowe są mocno "koneserskie"


Zabieram pasażerów i jedziemy do Zawoi. Zawoja rywalizuje z Ochotnicą o miano najdłuższej wsi w Polsce. Zawoja rozciąga się na 18km, Ochotnica na 25km, więc wydawałoby się, że Ochotnica wygrywa w cuglach. Ale kruczek w tym, że Ochotnice są dwie (Górna i Dolna) i łącznie mają 25km. A Zawoja samodzielnie ma 18km, więc moim zdaniem wygrywa. A jak nie, to jest największą wsią w Polsce - ponad 7tys mieszkańców i 100km² powierzchni (źródło: Wikipedia).

Parkujemy przy kościele w Zawoi Wilczne (w lewo od głównej drogi za szkołą a przed punktem informacji turystycznej). Duży parking, wyłożony dobrze ubitym tłuczniem. Jest tabliczka jak niżej i oczywiście moja rejestracja zdradza mnie jako nie parafianina, ale zakładam, że definicja "innych uczestników nabożeństw" jest na tyle szeroka, że mogę parkować. Jutro (w niedzielę) będę na nabożeństwie. Co prawda nie w Zawoi i nie w dniu parkowania, ale tablica tego nie precyzuje :-)

Z parkingu wracamy na główną ulicę (w Zawoi ulice nie mają nazw..) i po chwili skręcamy w prawo na czarny szlak (patrz Mapa Turystyczna powyżej). Szlak najpierw asfaltową drogą, potem leśną stokówką powoli pnie się na Halę Kamińskiego. Po drodze zamieniamy go na żółty.

Jest pochmurnie, trochę mży, idziemy przez las, więc widoków nie ma. Ale kto powiedział, że widoki to tylko panoramy - jeśli patrzymy pod nogi, możemy wypatrzeć miejscową piękność:

Niestety po chwili zaczyna regularnie padać, dość intensywne. Cóż, byliśmy na to przygotowani, nikt nie narzeka. Ale na Hali Kamińskiego czeka na nas niespodzianka - przestaje padać, wychodzi słońce i nawet robi się ciepło. No takie późno wrześniowe ciepło, ale zawsze to miło.



Po chwili na widoki, spotykamy zielony szlak, który zaprowadzi nas na szczyt Małej Babiej. Zostawiamy Mędralową po prawej stronie i docieramy do czerwonego szlaku, fragmentu Głównego Szlaku Beskidzkiego. Szedłem tym szlakiem w sierpniu, w drodze ze schroniska  Markowe Szczawiny na Halę Miziową. Gdyby bardzo lało, pewnie zrezygnowałbym z "ataku szczytowego" i poprowadziłbym moją małą grupkę prosto do schroniska. Ale pomimo przetaczających się z zachodu chmur, pogoda jest dobra, idziemy więc zgodnie z planem na Małą Babią. Wyżej wejdziemy w chmurę, pod szczytem ubieram czapkę i rękawiczki, ale na samym szczycie jesteśmy zaskoczeni dobrym widokiem w każdą stronę. W każdą oprócz szczytu Diablak, który jest (oczywiście!) schowany za chmurą. Widać Pilsko (szczyt przysłonięty chmurą), jezioro Żywieckie a w drugą stronę Orawskie. Widać ciągnącą się Zawoję i okoliczne szczyty.





Zimny wiatr przegania nas z Małej Babiej i przez przełęcz Brona schodzimy do schroniska. Tu znowu idziemy fragmentem GSB - (dla mnie to był odcinek z Hali Krupowej do Markowych Szczawin) Po drodze zauważamy pierwsze ślady zostawione przez Panią Jesień (wcześniej, w lesie było zielono, jeśli były jakieś żółte liście, to pojedyncze).



W schronisku zasłużony Burger Biegacza (vege, z kotletem z cieciorki, kiszoną kapustą i ogórkami oraz cebulą).

Wracamy do Zawoi zielonym szlakiem, prowadzącym do Zawoi Markowe. O tym szlaku warto wspomnieć - na sporej długości są kamienne "schody" a niżej prawie parkowa ścieżka.

Na końcowym odcinku szlaku znajdujemy szereg ławeczek edukacyjnych. Z jednej z nich możemy przeczytać o licznych siołach Zawoi i dowiedzieć się, że jedno z nich, Mosorne (znane z wyciągu narciarskiego Mosorny Groń) wzięło swoją nazwę od naczyń wydłubanych z kawałka drewna.


Nasz czas przejścia (nie wliczając czasu na burgera) to 7:20. Dość wolno ze względu na początkującą Włóczykijkę, ale po co się spieszyć? Warto jednak powiedzieć, że trasa do trudnych nie należy i można ją planować na 6:20, tak jak podaje Mapa Turystyczna. 

Zdecydowanie polecam tą trasę - średnio-zaawansowana, atrakcyjna widokowo, a poza schroniskiem praktycznie pusta (ostatnia sobota września). Pierwszego turystę, słowackiego biegacza, spotkaliśmy dopiero pod Mędralową. Dodatkowym plusem są liczne możliwości modyfikacji, zarówno przedłużenie jak i skrócenie.

*) nie dotyczy Tatr powyżej granicy kosodrzewiny


17 wrz 2020

Mieszczuchy znów w akcji, czyli Beskidy z Katowic w 1 dzień: trasa #3: Milówka - Hala Boracza - Rajcza

Widok z Hala Boraczej

Beskidy z Katowic w 1 dzień: cz. 3: Milówka - Hala Boracza – Rajcza 

  Mieszczuchom, czyli mnie i mojemu mężowi, tak spodobała się pierwsza w życiu wyprawa na górski szlak, że już następnego dnia zdecydowaliśmy się na powtórkę z rozrywki. Tym razem wybraliśmy sobie znacznie dłuższą trasę, według mapy 14.7 km, skuszeni opisami wspaniałych widoków z Hali Boraczej. A co, raz kozie śmierć, albo dojdziemy, albo zadzwonimy po taksówkę ;)

   Po obudzeniu się w piękny, wrześniowy poranek, nastąpiło sprawdzanie listy kontrolnej naszych ciał pod kątem ich dalszej pracy przy transportowaniu nas do upragnionego celu. Boli? Strzyka? Jakiś odcisk, pęcherz tu i ówdzie? Da się wstać, czy nie bardzo? Na szczęście się dało. Cóż z tego, że jakiś tam mięsień w łydce jeszcze trochę by odpoczął, przygoda wzywa. Do tego słońce zachęcająco oświetlało zalesione zbocza gór, a temperatura w sam raz, ani za zimno, ani za gorąco. Tak więc decyzja ostateczna, plecaki na plecy i hala Boracza będzie nasza. Start, godzina 10:30 z dworca PKP w Milówce.


Milówka - Hala Boracza – Rajcza

  Początkowo trasa biegnie sobie w najlepsze przez miasto, a potem dalej asfaltową drogą wzdłuż osady przy potoku Salomonka, lekko się wznosi, ale bardzo łagodnie. Gdyby nie przejeżdżające co jakiś czas samochody można by w pełni rozkoszować się tak łatwym początkiem trasy. Niestety, pojazdy mechaniczne zdecydowanie psują mi klimat, więc, ku zgrozie mojego męża, załączyłam drugi bieg i pędziliśmy naprzód niczym rącze łanie. Odrobinę pociechy niosły mi widoki na poboczu. Potoczek, zieleń drzew, zbocza gór w oddali. Ale i tak, byle prędzej z dala od cywilizacji.


Początek trasy po asfaltowej drodze.

Trochę wody i zieleni humor wnet na lepsze zmieni :)

Słońce grzało, asfaltowa droga ciągnęła się w nieskończoność, drałujemy dziarsko, a tu nagle taki jeden, nieco ukryty między drzewami, pyta się o drogę. Wyglądał nieco groźnie, na szczęście nie miał złych zamiarów, w końcu to tylko drewniana rzeźba ;)


Niespodziewane spotkanie z drewnianym jegomościem.

Mimo tak łatwo, dzięki asfaltowi, pokonywanej drogi, niezmiernie ucieszyło mnie odejście szlaku w stronę lasu. Tu już zaczęła się standardowa, górska ścieżka, czyli ziemia i kamienie. Nieco bardziej pod górę, ale niezbyt stromo. Choć nie było już asfaltu, to trasa była nadal bardziej spacerowa niż stanowiąca jakiekolwiek wyzwanie. Dopiero prawie tuż przed dojściem do schroniska na Hali Boraczej był mały kawałek, gdzie do góry trzeba było wpinać się po korzeniach drzew, ale nadal nic trudnego. Na podobne górki to nawet taki mieszczuch jak ja wpinał się od dziecka dość regularnie. Chwila wysiłku i nagroda za trzygodzinny spacerek w postaci widoków górskiej panoramy.


Nieco wspinaczki po korzeniach drzew


I wreszcie jest, Hala Boracza i wspaniały widok.

 Schronisko podobno oferuje najlepsze jagodzianki w całych Beskidach, ale na nas obecność tłumów ludzi, po ciszy i spokoju dotychczasowej trasy przez las, zadziałała odstraszająco. Mimo iż nie było tam nikogo kto zachowywałby się w jakiś szczególnie hałaśliwy sposób, ot, siedzieli sobie turyści, rozmawiali i spożywali posiłki, to ten kontrast między absolutnym spokojem, ciszą i radością z bycia tylko we dwoje, bez żadnych „rozpraszaczy”, był naprawdę nie do zniesienia. Czym prędzej się ewakuowaliśmy i kawałek dalej, na trawce, zaordynowaliśmy sobie nasz własny obiadek, w postaci przygotowanych rano kanapek. Ach, jak one smakowały w takim otoczeniu :)


Deserek, czyli widok jaki towarzyszył nam przy obiedzie.

 Po krótkim odpoczynku trzeba było ruszać dalej. Bardzo kusiło nas podejście na Halę Redykalną, która była prawie o rzut beretem, czyli według mapy o godzinę drogi od naszego miejsca pobytu, ale rzut beretem w mieście, a w górach to nie to samo i obawialiśmy się, że w razie jakichkolwiek nieprzewidzianych trudności, skończymy wędrując po szlaku ciemną nocą, i to nawet bez latarek. Mieszczuchy, jak to mieszczuchy, imponującą kondycją poszczycić się nie mogą, i mimo że szło nam się nieźle, zaczynaliśmy odczuwać w nogach przebyte kilometry i  nie byliśmy pewni jakie tempo będzie dla nas osiągalne w dalszej podróży. Z wielkim żalem odpuściliśmy i ruszyliśmy w drogę powrotną. Ale to nic, dzięki czemu będziemy mieć w przyszłości powód, by jeszcze tu wrócić.


"A droga wiedzie w przód i w przód, choć zaczęła się tuż za progiem..." 

J.R.R. Tolkien, Władca Pierścieni.


 Trasa powrotna do Rajczy jest długa, ale nieszczególnie wymagająca. Trochę płasko, trochę w górę, nieco wędrowania w dół po spływającej po kamieniach wodzie, a w prześwitach między jednym kawałkiem lasu, a drugim, wspaniałych widoków ciąg dalszy.  


Droga powrotna to jeszcze nie koniec pięknych widoków.

 Swoją drogą , warto patrzeć na szlaku pod nogi, czy czegoś się nie zgubiło, bo znaleźliśmy skamieniałą dłoń, czy ktoś nie szuka czasami? :D


Czyja zguba? ;)

 No i kto pomalował tę kałużę? Konia z rzędem (wirtualnego oczywiście) temu, kto bez sprawdzania w otchłaniach internetu będzie mógł powiedzieć skąd taka barwa wody. Ktoś, kto zna się na przyrodzie, albo często chodzi po górach na pewno będzie wiedział, ale dla nas był to widok równie zaskakujący jakbyśmy zobaczyli lądujące przed nami Ufo. Małe, a cieszy.


Ktoś pomalował kałużę, tylko kto? ;)

 Po dłuższej wędrówce przez las doszliśmy do zejścia w dół po całym ogromie luźnych kamieni Na szczęście nie było bardzo stromo, więc było jedynie męcząco, a nie trudno, ale widok zjeżdżającej sobie wygodnie po tych kamieniach jakimś quadem, czy czymś takim, pary, był, delikatnie mówiąc, a raczej pisząc, nieco frustrujący :) Co ciekawe, gdy już zeszliśmy po tych kamieniach na sam dół, wydawałoby się logiczne, że szlak będzie wiódł już po płaskim, jednak prowadzi on znów nieco pod górę. Ale już po chwili wychodzi się z lasu na asfaltową drogę, którą dłuższy czas wędruje się w dół i w dół i w dół, prawie bez końca. Może i wygodnie, ale nudno.

Nudna, asfaltowa droga w dół.

 Potem krótka wędrówka przez Rajczę i nasza meta, czyli dworzec PKP, osiągnięta po około 5,50 godzinach wędrowania. Małe ostrzeżenie. Jeśli wypadnie wam dotrzeć do Rajczy w godzinach mocno popołudniowych, nie liczcie na jakikolwiek otwarty sklep. Pewni, że mieście uzupełnimy sobie wodę, wypiliśmy swój zapas do ostatniej kropli ładny kawałek przed końcem trasy, więc siedzieliśmy sobie na dworcu umierając z pragnienia, a pociąg miał być dopiero za półtorej godziny. Dzięki temu odkryliśmy, że istnieje Rajcza i Rajcza Centrum, ładny kawałek dalej, i to ta druga oferuje mieszczuchowe wygody, czyli supermarkety, gdzie można obkupić się od góry do dołu. Tak więc, czujcie się uprzedzeni.

Podsumowując, trasa długa, ale naprawdę bardzo łatwa, a w nagrodę za wysiłek co chwilę ma się widoki jak z pocztówek, które można podziwiać własnymi oczyma. Kijki będą przydatne w góra dwóch miejscach, albo wcale, aczkolwiek to ostatnie zejście po kamieniach, gdyby dodać do tego spływającą wodę, mogłoby okazać się niezłym wyzwaniem. My jesteśmy niezmiernie zachwyceni tym szlakiem i jeszcze tam z pewnością wrócimy, choć fizycznie tyle kilometrów dało nam jednak trochę w kość. Ostatnie metry pokonywaliśmy już czystą siłą woli, a łóżko powitaliśmy z równym entuzjazmem, co wędrujący przez pustynię człowiek oazę. I tylko Hali Redykalnej żal… Ale co się odwlecze, to nie uciecze :)

Więcej propozycji tras dla początkujących w serii "Beskidy z Katowic w 1 dzień"