Analytics

English blog

Snufkin - my blog in English

Hello English speakers , My blog is in Polish and it will stay that way. You can use the Google translate widget provided. This said, I have...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czupel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czupel. Pokaż wszystkie posty

30 lis 2020

W poszukiwaniu Zimowej Krainy

Od zawsze lubiłam zimę, niestety, ostatnio rzadko zagląda ona na tereny naturalnych warunków bytowych mieszczuchów. Zetknąwszy się więc z panią Zima przy okazji poprzedniej wyprawy na Mogielicę, nabrałam nieprzepartej chęci ujrzenia jej w górskiej odmianie ponownie.  Skoro zima nie chce przyjść do mieszczucha, to mieszczuch poszuka jej samemu na kolejnej wyprawie w góry.

Ranek, 28/11/202 rok, plecak spakowany, ciało zmuszone do ożywienia o barbarzyńskiej dla mnie porze 5 rano, wyjazd o 6, cel – Czupel. I zima, im więcej, tym lepiej.

Do Międzybrodzia Bialskiego dotarliśmy zgodnie z planem koło 8 rano, zatrzymując się na parkingu przy Centrum Kultury, i już wkrótce rozpoczęliśmy wspinaczkę czerwonym szlakiem. Łagodne nachylenie, potem nieco mocniejsze, kamienie, liście, zimy ani śladu. Cóż, może wyżej.


Tyle że aby dotrzeć wyżej, trzeba iść pod górkę, a moja kondycja mieszczucha szybko pomachała na do widzenia i uciekła gdzieś po kwadransie. Towarzysze wyprawy znikli gdzieś na horyzoncie, nic nowego, zdążyłam się przyzwyczaić. Lubię chodzić w grupie, ale takie pozostawanie w ogonie ma tą zaletę, że mogę stawać co dwa kroki nie zatrzymując przy tym reszty i marudzić pod nosem ile wlezie nie szokując przy tym nikogo :) Na szczęście już po jakichś 40 minutach wspinaczki wysoko...hmmm...niskogórskiej, pojawiła się ekstra motywacja do dalszego wysiłku – śnieg!


Śniegu może nie za dużo, ale oprószone na biało drzewa wyglądają, przynajmniej moim zdaniem, magicznie. Od teraz każdy postój oznaczał milion fotek tego cudnego widoku, a że z konieczności postojów dużo, to i fotek też. No ale jak nie utrwalać na pamiątkę takich widoków:


Idąc dalej, z jednej strony czułam się jak na torturach z powodu niemożności złapania oddechu co parę metrów, z drugiej jednak wypełniała mnie niesamowita radość, że tu jestem, że własnymi oczami oglądam piękno delikatnie zimowego krajobrazu:

No dobra, pejzaż cudowny, ale czy ta górka nigdy się nie skończy? Kiedy wreszcie ten szczyt? Szybkie zerknięcie na mapę i załamanie, to dopiero połowa podejścia…

Widoczność kiepska, mgła przesłania dalsze okolice, ale ta zima, ta piękna zima… Taktyczny odwrót (czytaj: ucieczka) od dalszego, mozolnego wdrapywania się pod górę nie wchodzi w rachubę. Toczę się dalej. Płuca protestują, mięśnie mówią, że damy radę, nic złego się nie dzieje, podlewamy sosem z silnej woli i dalej, do góry. 

I jest, szczyt. Pochłonięta stawianiem kroku za krokiem, niespodziewanie zobaczyłam przed sobą resztę mojej grupy i tabliczkę z napisem: Czupel, co oznaczało, że etap męczarni mam za sobą (nie cierpię podejść, zejścia dowolnie długie i strome), i od tej pory czeka mnie wędrówka lekka, łatwa i bardzo przyjemna, na dodatek już w towarzystwie, a nie samotnie gdzieś z tyłu. 



Mgła dawała popis swoich możliwości od początku trasy. Jasnoszara zasłona skrywała dalsze okolice przed ludzkim wzrokiem, ale na samej ścieżce szlaku widoczność była niezła. Do czasu. Nagle, z jasnoszarej, mgła zrobiła się ciemna, zgęstniała i wystarczyło na chwilę stanąć, by towarzyszy wyprawy, oddalonych jedynie na paręnaście kroków, musieć odnajdywać na słuch. Za to teraz mogę pokazywać te fotki i chwalić się, że byłam w dowolnie wybranym miejscu, bo życzę powodzenia w odgadywaniu miejsca zrobienia tych fotek ;)



Wkrótce dotarliśmy do schroniska na Magurce. Podwójna szkoda, że schronisk nie wyłączono z konieczności serwowania posiłków jedynie na wynos, bo raz, zimno, człowiek chętnie by się ogrzał, zjadł i wypił jak człowiek, a nie na stojąco, a dwa, mgła robiła klimacik, że hej. Za oknami schroniska nie było widać kompletnie nic, jakby poza budynkiem świat nie istniał. Z przyjemnością usiadłabym na godzinkę, by napawać się tym brakiem widoku i snuć wizje, gdzie też moglibyśmy właśnie się znajdować. Niestety, obostrzenia koronawirusowe zmusiły nas do rychłego wyruszenia w dalszą drogę. Przy okazji, jeśli ktoś szuka pieczątki, to jest w schronisku, warto jednak zadbać o zabranie ze sobą tuszu, bo moim towarzyszom udało się odbić ją dopiero po kilku próbach i zmarnowaniu własnej kartki, na paragonie, gdy wpadli na to, że można zwilżyć ją herbatą :)Mimo mglistej pogody, było na co patrzeć, gdzieniegdzie wyjrzało nawet trochę zieleni.


Zachwyciło mnie zwłaszcza uwiecznienie na zdjęciu trzech kolorów, zieleni, jesiennego brązu i śniegu:


Trasa dłuższy czas była iście spacerowa. Szeroka, mało kamienista droga, do tego ośnieżona. Nic, tylko brać sanki i jechać na sam dół :)



Było trochę bardziej stromego zejścia po ośnieżonych kamieniach, ale dzięki kijkom, i zachowaniu uwagi, pokonanie go nie było szczególnie trudnym zadaniem. W końcu dotarliśmy do punktu decyzyjnego, czyli parkingu na Przełęczy Przegibek. Dwoje z naszej grupy miało tu zaparkowany samochód i zamierzali w tym punkcie zakończyć wędrówkę. Pozostali, w tym ja, mieli jeszcze około 3 godzin do powrotu naszego kierowcy,  Marcina, który wybrał się swoim, oszałamiającym z mojego punktu widzenia, tempem, na dłuższą pętelkę i o tym, gdzie jest, dowiadywaliśmy się z przesyłanych przez niego co jakiś czas fotek. Była możliwość zapełnienia tego czasu dotarciem na Gaiki i potem dopiero powrotu do Międzybrodzia, jednak  mapa twierdziła, że jest to jakieś 2,30 godziny chodzenia, w tym jedno podejście. Pół godzinny zapas to trochę mało jak dla mieszczucha, a nie chciałam doprowadzać do sytuacji, że moje smętne tempo zmusza kogoś do długiego oczekiwania na mój powrót. Zdecydowałam się skorzystać z oferowanej przez towarzyszy podróży podwózki samochodem do Międzybrodzia. Przyznam szczerze, że po fakcie żałuję nie podjęcia wyzwania, bo dałabym radę kondycyjnie, ale wspinanie się na Czupel nieźle wykończyło mnie psychicznie. Była to pod tym względem druga z dwóch najcięższych z dotychczasowych wypraw. Numer jeden niezmiennie należy do Małej Babiej, gdzie myślałam, że żywa nie dojdę. Oczywiście doszłam :) Czupel nie jest jakąś mega górą, ale ma ten rodzaj podejścia, jaki najbardziej mnie męczy, czyli start od wspinaczki pod górę i tak konsekwentnie aż do szczytu. Trudno, Gaiki muszą poczekać. 
Tymczasem, dzięki wybraniu wersji samochodowej, miałam możliwość obejrzeć bliżej zaporę w Porąbce. Niby nic, trochę wody, trochę drzew na horyzoncie, ale widoki z gatunku tych, które miło się ogląda. Były więc jesienne kolory, odbicia w wodzie, rzeka, która udaje dwie rzeki, jedną spokojną, drugą gniewnie zmarszczoną. Bardzo przyjemne zakończenie wędrówki.




Co ciekawe, gdybym nie wspinała się dna Czupel, nie miałabym pojęcia, że zima już zawitała do tych okolic. na dole typowo jesienne widoki bez nawet sugestii, że wyżej śnieg zadomowił się na dobre:

Wyprawę na Czupel uznaje za udaną. Zimowa Kraina została odnaleziona. Co prawda był to raczej jej przedsionek, ze stróżującą Mgłą na posterunku, ale i tak mogłam nacieszyć oczy widokiem posypanych na biało drzew, ośnieżonych kamieni, a mgła jedynie zwiększała poczucie znalezienia się daleko, daleko od zwyczajnej rzeczywistości. 
>Podsumowując, gdybym miała lepszą kondycję, byłaby to bardzo łatwa trasa. Niestety, do tej pory osiągnęłam jedynie, albo aż, to, że takich wypraw nie okupuje bólami mięśni przez następne dwa dni.  Na podejściu za nic nie mogę złapać rytmu, choć i tu zaczęłam widzieć nieśmiało światełko w tunelu. Trasa chyba nie oferuje jakichś spektakularnych widoków, bo jest mocno zalesiona. Mogę się mylić, bo mgła panowała niepodzielnie, ale nawet jeśli mam w tym rację, to jeśli ktoś, tak jak ja, lubi przyglądać się rozmaitym odsłonom przyrody, ilość drzew uzna za atut tej trasy. Jeśli niestraszne ci trochę wspinania, to droga na Czupel oferuje miłą, dość łatwą wędrówkę. Nawet mieszczuch da radę :)Ta sama wycieczka, trasa znacznie dłuższa w relacji Marcina.

28 lis 2020

Czy Beskid Mały ma kompleks niższości?

 

Czupel, najwyższy szczyt Beskidu Małego

Zacznę trochę od środka. Wybraliśmy się na Czupel, najwyższy szczyt Beskidu Małego i przez to klejnot w Koronie Gór Polski. Dumnie obwieszcza o tym tabliczka na szczycie  I tu chyba Czupel a z nim cały Beskid Mały ma jakiś kompleks  Byłem na kilku wyższych górach z Korony i takiej informacji nie było  Szczyt wysoki nie musi się chwalić  Jak z ludźmi - mały człowiek (niekoniecznie w sensie wzrostu), będzie na każdym kroku podkreślał swoją ważność  Człowiek wielki pozwoli innym dobrze o sobie mówić  Jak pisze mądry król Salomon w biblijnej księdze Przysłów:

“Niech cię chwali ktoś inny, a nie własne usta, obcy, a nie własne wargi.”
‭‭Przypowieści Salomona‬ ‭27:2‬ ‭

Po tej dygresji filozoficzno-egzystencjalnej, pora na mapę i opis trasy. Było ciekawie, bo na 7 osób mieliśmy 4 różne trasy ;-)  Na koniec będzie też o... Reksiu.  


W moim aucie dwie pasażerki (w tym autorka konkurencyjnego posta na blogu) i ze względu na znaczne różnice w tempie pokonywania wzniesień, z góry podzieliłem nas na dwie grupki - dla mnie trasa jak wyżej, dla nich ok. 5km krótsza, z zejściem albo z Przegibka albo z Gaików. Miały same zdecydować, trafiła im się podwózka z Przegibka. Drugie auto, z uczestnikami ze Skawiny, miało podjechać na Przegibek i mieliśmy się spotkać na Czupelu. Plan powiódł się perfekcyjnie, doszliśmy na szczyt w tym samym momencie. Trzecie auto jechało z Mikołowa i jego pasażerowie mieli iść ze mną, ale spóźnili się 30min i w efekcie gonili nas. Z moimi pasażerkami spotkali się, ze mną już nie. Efekt końcowy taki, że każdy zadowolony z wycieczki. Powoli zaczynam się specjalizować w logistycznych majstersztykach - kilka wycieczek w jednej, trasy dostosowane do możliwości i chęci uczestników. 

Zaparkowałem w Międzybrodziu Bialskim, pod Centrum Kultury. Parking darmowy, niezbyt obszerny, ale kto w listopad wchodzi na Czupel? Dziewczyny poszły od razu w górę, ja jeszcze 15 minut poczekałem na Mikołów, ale z braku kontaktu ruszyłem sam. 

W Międzybrodziu panowała jesień, taka pochmurna, wilgotna, listopadowa. Nie ma się czym zachwycać, ale też taka jesień mi nie przeszkadza w wędrowaniu. Wchodząc na Czupel szlakiem czerwonym byłem świadkiem przepychanek Pani Jesieni z Panią Zimą. Im wyżej, tym większą przewagę miała ta druga. W końcu Zima zdecydowanie wygrała.




Na Czupelu spotkaliśmy się z dwójką uczestników wchodzących od Przegibka. Kawa z termosu, fotka i idę dalej. Oni zostali i poczekali na moje pasażerki, po czym dalej na Magurkę i Przegibek szli razem. Wcześniej zostawiłem szlak czerwony i kontynuowałem niebieskim.

Od Czupela Zima królowała już niepodzielnie. Zima miała akurat swój mglisty dzień (nie narzekam, piękna jest nawet taka zachmurzona, a tydzień wcześniej na Mogielicy Zima pokazała się ze swojej słonecznej strony). Ludzi mało, na szlaku śnieg, wokół mgła - czego chcieć więcej? Nie było panoramicznych widoków, ale taki klimat też lubię.

Schronisko na Magurce Wilkowickiej

Schronisko na Magurce ominąłem. Przy okazji, ta Magurka to Wilkowicka. W Polsce jest 5 Magurek i chyba drugie tyle na Słowacji. Dodatkowo mamy też chyba z 10 Magur. Wyjątkowo liczna ta Magurkowa rodzina. Ale nie ma się czemu dziwić jeśli popatrzymy na źródłosłów: 
Magura – słowo pochodzenia wołoskiego, oznaczające wyniosły, samotny masyw górski. Najprawdopodobniej przejęte ok. VI w. od Słowian i przekształcone z *mogyla („mogiła, kurhan, wzgórze”) na magura. Wraz z migracjami Wołochów rozpowszechniło się na obszar całych Karpat
Wikipedia 
Magurka Wilkowicka

Na Magurce Wilkowickiej spotykają się szlaki wszystkich kolorów. To moje drugie w kolekcji zdjęcie rodzinne szlaków pieszych PTTK. Pierwsze jest z Jamnej, po drodze do Chatki Włóczykija.


Tu potrzebowałem małej konsultacji z Mapą Turystyczną i po chwili zgodnie ustaliliśmy, że idę niebieskim, na Przegibek i dalej na Gaiki.

Pomnik obrońców Podbeskidzia w IIWŚ, przełęcz Przegibek


Na Gaikach napotkałem szlak czerwony, fragment Małego Szlaku Beskidzkiego. W 2020 ukończyłem Główny Szlak Beskidzki, myślę, że w 2021 przyjdzie czas na jego młodszego brata.


Ostatni punkt zmiany koloru szlaku to Hrobacza Łąka. Ta nazwa czasem jest pisana przez samo H, czasem przez CH. To jest świadectwo, że kiedyś w mowie, tak jak do tej pory Słowacy i Ukraińcy, rozróżnialiśmy dwa różne dźwięki ;H'. Uprościliśmy sobie język mówiony, ale w pisowni dwie głoski zostały i dla wielu jest to kłopot ortograficzny. 

Nie zależnie czy Łąka jest Hrobacza czy Chrobacza, do Międzybrodzia Bialskiego wracam szlakiem żółtym. Początkowo prowadzi zaśnieżonym asfaltem, potem aslfaltem, który eweoluuje w stronę drogi szutrowej i wreszcie na koniec zwykłą czarną drogą asfaltową. 

Widok na Jezioro Międzybrodzkie, zejście z Hrobaczej Łąki

Na koniec jeszcze fotka jeziora - tutaj Pani Zima jak na razie nie dotarła - i wracam na parking wzdłuż ulicy Żywieckiej (jest chodnik). Moje pasażerki, zwiezione wcześniej z Przegibka, już czekają. Wracając do domu przez Bielsko-Białą, zauważyłem ulicę... Reksia. Skręciłem w nią, zatrzymałem auto na poboczu i wyskoczyłem zrobić zdjęcie. Dodaję do kolekcji, będzie obok katowickiej ulicy Sezamkowej, uchwyconej w czasie powrotu z wycieczki na Trójstyk CZ-PL-SK.


ulica Reksia w Bielsku-Białej