Analytics

English blog

Snufkin - my blog in English

Hello English speakers , My blog is in Polish and it will stay that way. You can use the Google translate widget provided. This said, I have...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Góry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Góry. Pokaż wszystkie posty

9 lut 2021

Ślęża i gorący mnich

Wyprawa Włóczykijów na Ślężę 06.02.2021 r., przewidywała trasę dłuższą, dla wprawionych osobników i krótszą, dla tych, którym kondycja i stan zdrowia nie pozwalały na zimowe 15 kilometrów szlaku. Niniejsza relacja dotyczy wersji krótszej, od Sulistrowiczek na Ślężę, a potem najkrótszym szlakiem na Przełęcz Tąpadła i asfaltem przy ulicy z powrotem do Sulistrowiczek.

Zaczynamy wyprawę na czymś, co mapa określa jako miejski parking, w nas budzi jednak skojarzenia z zamarzniętym stawikiem. Na szczęście, po bliższym przyjrzeniu się i potupaniu, okazało się, że zaparkowaliśmy auto w bezpiecznym miejscu i możemy spokojnie ruszać w drogę.

Pogoda przyjemna, lekki chłód, nieco przyprószone śniegiem, pochmurno, ale z szansą na to, że coś tam po drodze będzie widać. Żyć, nie umierać, i wędrować na szczyt szlakiem czerwonym.

Nachylenie bardzo łagodne. Kondycyjnie lepsza część wyprawy szybko niknie na horyzoncie, a dwie Ślimaczki wędrują sobie spokojnie i leniwie. Ma to związek tyleż z gorszą kondycją, co z ilością babskich narad życiowych i entuzjastycznych zachwytów przyrodą dookoła. I cykaniem fotek, dużej ilości fotek, oczywiście.




Szlak tylko lekko przyprószony śniegiem, lecz w związku z niedawnym lekkim ociepleniem, nie brakuje kawałków pokrytych lodem. Iść się niby da, byle patrzeć pod nogi i uważnie stawiać stopy, ale my nie mamy ochoty być ostrożne. Zapada więc decyzja o założeniu raczków i możemy spokojnie kontynuować wyprawę bez większej troski o podłoże. Po drodze mijamy maratończyków i z podziwem patrzymy jak biegną sobie po tym śniegu i lodzie, a my tu zaczynamy już być lekko zasapane wspinaczką. Wersja krótsza maratonu – 24 kilometry. Dla nas osiągalne tylko w snach, nawet bez biegania. Wędrujemy więc sobie leniwie dalej.




Mamy sporo czasu, według mapy nasza trasa jest na jakieś 3 godziny, my mamy 5. Jest więc czas na odpoczynek po drodze, zdjęcia, drzewoterapię i oznakowanie terenu. Niech się wszyscy dowiedzą, że my tu byłyśmy :)


Nie jest jakoś wyjątkowo zimno, ale pomału zaczynamy marzyć o czymś ciepłym do picia. Mamy, co prawda termosy z herbatą, ale zgodnie zamarzyłyśmy o jakimś grzańcu. Wreszcie szczyt. I tłumy ludzi, psów, dzieci, quadów i dronów… Cóż, góra łatwo dostępna, weekend, pogoda sprzyjająca, nic dziwnego, że Ślęża jest oblężona. Widoczki panoramy, choć przymglone, i tak robią wrażenie.



Nacieszywszy się widoczkami pospieszyłyśmy stanąć w kolejce do okienka, w którym można było zakupić pożywienie i napoje. Po krótkim studiowaniu menu postanowiłyśmy zamówić grzane wino, które w nazwie miało słowo „mnich”. Za żadne skarby świata nie przypomnę sobie właściwej nazwy, bo dla nas błyskawicznie owo wino stało się gorącym mnichem i źródłem żartów, że nie ma to jak mnich na dodanie werwy i poprawę kondycji ;) 

Nie zdecydowałyśmy się na szukanie wejścia na wieżę widokową. I tak nie byłoby więcej widać niż z dołu, a trzeba było wracać, by zdążyć dotrzeć do auta na umówioną godzinę. Najkrótszy szlak na dół, żółty, był niczym autostrada, tyle że dla ludzi, nie samochodów. Uzbrojone w raczki dziarsko zmierzałyśmy na dół, po drodze wyślizganej ludzkimi stopami i przez zjeżdżające na jabłuszkach i sankach dzieciaki. Chociaż przekonałyśmy się, że sanki nie są zarezerwowane tylko dla dzieci lub rodziców z dziećmi. spotkałyśmy na swojej drodze pana, lat 42, który wchodził na Ślężę sam, ciągnąc za sobą sanki i tłumaczył nam, że wejść, to wejdzie, ale na dół nie da rady i będzie zjeżdżał na sankach. Nie mam pojęcia jak on to zamierzał zrobić przy tylu wędrujących tędy ludziach, ale patent dobry, warty zapamiętania na przyszłość :) W drodze na dół nie za bardzo był czas robić fotki, bo większość byłaby z obcymi ludźmi w tle, parę jednak się udało.





W końcu dotarłyśmy do parkingu przy Przełęczy Tąpadła i odtąd musiałyśmy wędrować poboczem ulicy, mijane przez samochody pędzące czasem parę centymetrów od nas. Wyjątkowo mało przyjemne 3,5 kilometra, ale po drodze też była okazja podziwiać widoki.




Telefon od pozostałych Włóczykijów, że mają niewielkie opóźnienie, zdjął mi kamień z serca. W naszym babskim duecie to ja byłam przewodniczką, odpowiedzialną za pilnowanie drogi i czasu, a dla mnie godzina na która się z kimś gdzieś umawiam to godzina święta. Przerabiając nieco cytat z książki Terry'ego Pratchetta „Piekło pocztowe”, mogę podpisać się obiema rękami pod stwierdzeniem, że ni deszcz, ni śnieg, ni mrok nocy nie przeszkodzi mi w dotarciu na umówione miejsce na czas. Niestety, moja towarzyszka miała inne zdanie na ten temat i na wieść o tym, że mamy nieco więcej czasu na dotarcie do parkingu, mimo niesprzyjających okoliczności (spaliny, samochody, brak chodnika), zaczęła przejawiać intensywną radość życia, znacznie zwalniając tempo marszu, by móc śpiewać razem z muzyką puszczaną przez telefon. Szczerze zazdroszczę, bo dla mnie ten odcinek wyprawy zalicza się do kategorii: „dotrzeć i zapomnieć”. Ciekawostką i małą radością po drodze było natknięcie się na taka tabliczkę:



Bierzemy za słowo i oczekujemy długiego, szczęśliwego życia :D

Fajne było też jakieś wejście, do nie wiem czego, być może jakiegoś parku, ale wyglądało nader ozdobnie:



I wreszcie asfaltowa droga przywiodła nas z powrotem na parking miejski w Sulistrowiczkach. Około 5 i pół godziny ślimaczym tempem, z dłuższym postojem na szczycie, nie tak źle. Czy dałoby się szybciej? Zapewne, ale gdzie w tym zabawa :)

Podsumowując, kijki i raczki zimą to rzecz konieczna do zabrania, nawet jeśli górka jest mała. Nawet jeśli da się przejść bez nich, to jednak znacznie zmniejszają ryzyko jakiejś pechowej kontuzji i umożliwiają szybsze tempo, zwłaszcza na zejściu, zamiast mozolnego ślizgania się co parę kroków. Ślęża to świetne miejsce dla każdego, zwłaszcza dla „zielonych”, bo mnogość szlaków umożliwia modyfikacje wędrówki w zależności od samopoczucia, czy pogody. Można dowolnie skrócić, lub wydłużyć, a nawet jeśli po wydłużeniu stwierdzi się, że jednak to za dużo, łatwo można znaleźć szybkie i łatwe zejście. Minusem jest tylko spora ilość ludzi, zwłaszcza od i do parkingu przy Przełęczy Tąpadła, to chyba najbardziej popularny kawałek szlaku na całej Ślęży.

Nasza wyprawa była cudowna. Ośnieżony pejzaż, lekki chłód, wspaniałe towarzystwo, łatwy szlak – czegóż chcieć więcej, chyba tylko większej ilości takich wypraw :)


28 gru 2020

I'm dreaming of a white Christmas...

Widok z Hali Ornak w kierunku południowym

 ... śpiewał Bing Crosby. Ja nie marzyłem, tylko zorganizowałem dwa wyjazdy w białe tatrzańskie doliny. W sobotę 26.12 20km pętla Dolina Chochołowska - Iwaniacka Przełęcz (1459m n.p.m.) - Dolina Kościeliska i powrót na parking w Chochołowskiej. W niedzielę 27.12 lekki spacer Doliną Kościeliską (ok. 13km). Nie zdecydowałem się jednak na ofertę zatrudnienia do odśnieżania parkingu i skorzystania z hotelu dla pracowników. W oba dni wczesna pobudka i jazda do Zakopanego, po południu powrót. W poście obie wycieczki połączę - zwróćcie uwagę na różnicę w zdjęciach. W sobotę padał śnieg i tylko na chwilę wyjrzało słońce. W niedzielę natomiast była piękna wyżowa, acz mroźna pogoda i bezchmurne niebo.

Sobotnia wyprawa była międzynarodowa - polsko-ukraińska. Ekipa dobra, więc trasę jak wyżej pokonaliśmy w 5:20, w tym przerwa w schronisku na Hali Ornak. Od rana padał śnieg, na szczęście niezbyt intensywny. Pierwsze kilometry wzdłuż Doliny Chochołowskiej pokonaliśmy dość szybko - widok jak niżej, a po ubitym śniegu dobrze się szło.

Dolina Chochołowska

Dolina Chochołowska

Skręciliśmy w lewo na przełęcz Iwaniacką. Długi odcinek pokonywaliśmy jako pierwsi - wytyczając ślady w śniegu. Śnieg dobry do chodzenia - sypki, nie mokry, mniej więcej po kostki. Szlak nie wymagał nakładania raczków - były cały czas w plecakach.

Przełęcz Iwaniacka

Przełęcz Iwaniacka

Na przełęczy przestał padać śnieg, zaczęło się przejaśniać, a po wyjściu z schroniska na Ornaku nawet na chwilę widzieliśmy niebo. Ale widoków szczególnych nie było - te pogoda podarowała nam następnego dnia. Dla porównania dwa zdjęcia schroniska - pierwsze w sobotę, drugie w niedzielę.

Schronisko na Hali Ornak

Schronisko na Hali Ornak

W tym miejscu zakończę relację z sobotniej wędrówki - po przerwie w schronisku poszliśmy w dół Doliną Kościeliską a następnie na parking na Siwej Polanie. 

Teraz przenosimy się do niedzielnej wędrówki. Zaprosiłem przyjaciół i trasa z założenia była spacerowa. Rano u wylotu Doliny Kościeliskiej powitał nas solidny mróz -12C i bezchmurne niebo. Doszliśmy do schroniska, potem jeszcze kawałek w stronę przełęczy Iwaniackiej i z powrotem. Zamiast opisywać spacer, pokażę zdjęcia. Piękna, mroźna, bezchmurna zima i Tatry. Było przepięknie!

Dolina Kościeliska (wszystkie zdjecia poniżej):









Pod koniec dnia temperatura wzrosła, dał się odczuć wiatr z południa a na sam koniec widzieliśmy wał chmur nadciągający od Słowacji. Bezchmurna pogoda trwała tylko jeden dzień - wstrzeliliśmy się idealnie!

20 gru 2020

Rok 2020 na zdjęciach - Luty

Rok 2020, pomimo, że inny niż wcześniejsze lata, był dla mnie wyjątkowy. Chyba jeszcze nigdy nie przeszedłem tylu kilometrów ile w tym roku. I oczywiście w rezultacie mam sporo zdjęć. Podjąłem próbę podsumowania roku zdjęciami - po jednym na miesiąc. Zdjęcia można podejrzeć na moim blogu na PeakD lub Publish0x. W obu 12 zdjęć i minimum komentarza (opisy w j.angielskim; przy okazji - ten drugi blog płaci za czytanie, warto się zarejestrować)

Tu postanowiłem wybrać po 3 zdjęcia na każdy miesiąc i trochę więcej o nich napisać. Posty będą publikowane przez ostatnich 12 dni roku.

Poprzednie miesiące:

Zdjęcie miesiąca

Luty był dla mnie miesiącem z dwoma sobotami w Dolinie Chochołowskiej. Zabrałem najpierw mamę, potem tatę (oboje mają kłopot z chodzeniem) na spacer doliną do schroniska i z powrotem. Oboje dali radę. Oba weekendy z fantastyczną zimową scenerią i przyjemną wyżową pogodą. Trudno wybrać najlepsze zdjęcie :-)

Dolina Chochołowska, Tatry

Zdjęcia na podium


Dolina Chochołowska, Tatry


19 gru 2020

Perć z drabinką, cesarska poczta i recykling słupków granicznych czyli ... Biskupska Kupa


Gdzie poza Tatrami i Babią Górą jest szlak prowadzący percią? Gdzie jest wieża Kaisera Franza Josefa? Gdzie schroniska pilnują drewniane rzeźby? Gdzie jest Piekiełko i Złodziejska Droga? To wszystko w małych i niskich, ale atrakcyjnych Górach Opawskich, a konkretnie na szlaku na Biskupią Kopę, zwaną przez naszych sąsiadów z Czech Biskupską Kupą.

Wieża Franza Josefa na Biskupiej Kopie

Mapa wypraw organizowanych przez Klub Włóczykijów wykazuje koncentrację pinezek w Polsce południowo-wschodniej. Tym razem jednak wybraliśmy się na południowy zachód, na najwyższy szczyt Gór Opawskich, Biskupią Kopę, 890m n.p.m..

Widok spod Biskupiej Kopy

Powody miałem dwa. Po pierwsze, przez ostatnie trzy lata spędzałem święta Bożego Narodzenia w Pokrzywnej i świąteczne wejścia na Biskupią Kopę stały się moją świecką tradycją. Po drugie, ostatnie wycieczki to szczyty w Koronie Gór Polski (TurbaczŁysica, Mogielica, Czupel, Lubomir, Skrzyczne) a Biskupia Kopa w tym spisie się znajduje. 

Trasę ułożyłem krótką - zaledwie 13,5km, dzięki czemu na wyprawę w ostatnią grudniową sobotę przed świętami zdecydowało się aż 10 osób. W tym nasz przewodnik z Zakliczyna, 13-letni Piotruś. 

Jechaliśmy w 3 auta, z 3 różnych miejsc, a na parking w Pokrzywnej (przy parku rozrywki Rosenau) dojechaliśmy prawie równocześnie. Mam gen punktualności i cenię tę cechę u innych.

Szlak na Gwarkową Perć

Pogoda była rewelacyjna - ok zera, ale czyste, błękitne niebo. Po 45min ściągaliśmy kurtki i już do końca dnia nie były potrzebne. Ruszyliśmy niebieskim szlakiem prowadzącym do Gwarkowej Perci. Tak, perci. Nie tylko Tatry i Babia Góra. Góry Opawskie, choć niskie, też mają swoją perć. Co prawda sztuczną (wyrobisko kamienia), ale też się liczy. W pokonaniu perci pomaga ok. 11m metalowa drabinka. Nic trudnego, ale dla osób z lękiem wysokości może to być wyzwanie.

Gwarkowa Perć

Po pokonaniu perci podeszliśmy do... Piekiełka. Taką nazwę nosi niewielkie zagłębienie w kamieniach. Od Piekiełka żółtym szlakiem doszliśmy do Górskiego Domu Turysty (nie schroniska!) pod Biskupią Kopą. Rozległe widoki i słoneczna pogoda zdecydowanie wpływały na humory grupy. 


Rzeźby pod Domem Turysty pod Biskupią Kopą

Po krótkim popasie i sesji zdjęciowej z licznymi tam drewnianymi figurami, poszliśmy na Biskupią Kopę. Prowadził nas szlak czerwony, będący częścią Głównego Szlaku Sudeckiego. Rok temu ta informacja była dla mnie inspiracją do przejścia Głównego Szlaku Beskidzkiego. Znajdujemy też informacje o legendach Księstwa Nyskiego. Jedna z nich mówi o skrzacie Ludoszy, który najpierw pozwolił lokalnemu chłopakowi, Jaśkowi, znaleźć skarb na Kopie, a potem złośliwie zamienił go w głaz. 

Biskupia Kopa jest na Głównym Szlaku Sudeckim oraz reklamuje legendy księstwa nyskiego

Na szczycie kopy znajduje się XIX-wieczna wieża strażnicza im. ... cesarza Franza Josefa. Wieża strzegła granicy austraicko-pruskiej. Wcześniej napotkaliśmy recyklingowany... słupek graniczny. Teraz oznaczający granicę polsko-czeską, ale pod literką P namalowaną czarną farbą wyraźnie widać i wygrawerowaną w granicie literkę D. D jak Deutschland - przed IIWŚ biegła tędy granica niemiecko-czechosłowacka.

Recyklingowany słupek graniczny pod Biskupią Kopą

Na szczycie niektórzy z nas skusili się na dobre i tanie czeskie piwo. Znajdująca się tam budka, oprócz sprzedaży piwa, służy jako placówka pocztowa - z cesarską historią. Przy zamawianiu piwa nie obyło się przy tym bez faux pas - Zlatý Bažant - nie jest czeski, tylko słowacki, a na dodatek należy do koncernu Heineken. Co pan w budce nie omieszkał nam wytknąć. Przy okazji, pan Mirek prowadzi wojnę z czeską gminą Zlate Hory o... możliwość postawienia schroniska. Informuje o tym duża tablica w j. czeskim i polskim. 

Budka z piwem na Biskupiej Kopie ma cesarską historię

Jak pan Mirek schronisko na Biskupiej Kopie budował

Spod wieży szliśmy dalej szlakiem czerwonym, przy czym od przełęczy pod Kopą podzieliliśmy się na dwie grupy. Moja grupa poszła do końca czerwonym, tzw. Złodziejską Drogą przez Srebrną Kopę i Górę Zamkową (trzy dodatkowe podejścia i zejścia) a część wybrała szlak żółty, łagodnie trawersujący oba szczyty. Przy okazji warto wspomnieć, że Góry Opawskie mają dość gęstą sieć szlaków. Z okazji moich wcześniejszych świątecznych pobytów przeszedłem wszystkie.

Srebrna Kopa

Na parkingu pierwsza była grupa czerwona :-)


15 gru 2020

Klimczok i nieokreślona pora roku

Marzyła mi się trasa lekka, łatwa i przyjemna, z możliwością mini biwaku w dowolnie wybranym miejscu na szczycie, dlatego pewnego sobotniego poranka, 12.12.2020 r. znalazłam się wraz z grupką Włóczykijów w Szczyrku. Moi towarzysze, wprawieni w boju, zaplanowali sobie swoją wędrówkę na ponad 20 kilometrów (wyszło im w sumie koło 28), a ja spokojnie, własnym, żółwim tempem wyprawiłam się na moją ukochaną górkę, czyli Klimczok, w dumnej samotności. A co, to już moja 9 wyprawa w góry, co to dla mnie wyprawa w pojedynkę od początku do końca :) 

Moja trasa zaczęła się mało przyjemnie, chodnikiem obok ruchliwej ulicy. Cóż, wdychanie spalin posłużyło zamiast kawy na pobudzenie organizmu i zaczęłam po prostu szybciej przebierać nogami. Na szczęście wkrótce trasa zaczęła wieść pod górkę, między domami. Samochodów nie zanotowałam, za to mogłam zacząć ostrożnie podziwiać spektakl przyrody pod tytułem: czy to jesień, czy to zima:



Jedno oko wbite w telefon z włączoną mapą turystyczną, lepiej dmuchać na zimne i kij z tym, że trasa jest aktualnie prosta jak drut i nie ma możliwości zabłądzić. O nie, proszę państwa, nie ze mną takie numery ;) Drugie oko skierowane pod stopy, bo betonik z krateczką (nie mam zielonego pojęcia jak to się uczenie nazywa), nie jest najwygodniejszym terenem spacerowym, a do tego miejscami był śliski i trzeba było nieco uważać, gdzie stawia się stopy. 

Tak więc pokonuję drogę nie zwracając większej uwagi na okolicę. Zbliżam się do punktu, w którym powinnam zmienić szlak z żółtego na czerwony, czas najwyższy rozejrzeć się po otoczeniu, zresztą jakoś tak nagle jasno się zrobiło… Podnoszę wzrok i z ekscytacji zapominam na chwilę jak się oddycha. O tak, takie widoki warte są pobudek bladym świtem i dyrdania pod górkę:



Skoro już tu jest tak pięknie, to wyżej może być tylko lepiej. Szukam czerwonego szlaku. O, jest znak na drzewie, czas w drogę. Przyroda nadal niezdecydowana co do pory roku. Jest i jesień:

I zima:


I jesienio-zima:


Z tego wszystkiego zapomniałam patrzeć na mapę i co się okazało? Ano, jakimś cudem zdołałam zejść ze szlaku. Na szczęście wystarczyło zejść parę kroków w dół i przejść sobie na biegnący równolegle właściwy szlak pomiędzy rzadziej rosnącymi drzewami. Słoneczko, ni to jesień, ni to zima, standardowa, kamienista, górska ścieżka. 



Za to ciężko pokonywać wysokość skoro człowiek ciągle ogląda się do tyłu, no, ale jak nie podziwiać takich widoków:


W końcu jednak wyszłam na górę. To jeszcze nie szczyt, choć jest już blisko, ale tutaj trasa dłuższy czas wiedzie praktycznie płasko. Bardzo przyjemny dla oka i mało męczący dla nóg odcinek:




W końcu docieram na Klimczok. A właściwie pod Klimczok. Hmmm, do tej pory to ja po tym stoku schodziłam, a tu trzeba wspinać się do góry. Cóż, nie po to tu szłam, żeby biwakować pod szczytem. Idę. Mijam skalny ogródek, mimo że widziany już po raz trzeci, nadal cieszy. Tym razem postanowiłam odnaleźć kamyczki z trzech najwyższych szczytów na literę „M”. Oto wynik poszukiwań:




No i jest szczyt. Ludzi sporo, na szczęście robią obowiązkowe fotki i zmykają w stronę schroniska. Mnie schronisko do szczęścia nie potrzebne. Mam swoją ukochaną górę i kawał folii bąbelkowej do siedzenia, w termosie wciąż gorącą herbatę, zapas kanapek. Żyć, nie umierać. 




Miałam sporo czasu, by delektować się widokami. Moja króciutka trasa, w porównaniu do wyprawy pozostałych Włóczykijów, pozwalała mi na spokojny relaks na lekko przysypanej śniegiem trawie. Swoją drogą, folia bąbelkowa to świetny wynalazek, mimo prawie dwugodzinnego siedzenia na śniegu nie czułam zimna. Ludzie, niczym fala, nadpływali i odpływali, czasem byłam  jedną z tłumu, czasem miałam szczyt dla siebie. Fantastyczne uczucie, przestać się spieszyć, przestać pędzić od punktu „a” do punktu „b” i móc spokojnie usiąść i po prostu patrzeć na góry. Moją sielankę przerwało w końcu pojawienie się grupki panów, którzy rześkimi głosami wymieniali opinie na różne tematy, używając przy tym przekleństw niczym przecinków. Niestety, nie zanosiło się, że wkrótce sobie pójdą, wobec czego to ja zwinęłam manatki i wolnym krokiem ruszyłam w powrotną drogę, przystając co chwilę, by zrobić kolejne zdjęcia:




Tak łatwego szlaku powrotnego to jeszcze nie miałam. Szlak niebieski to dosłownie spacerek, i choć szłam tempem mega żółwim, gdyż ze szczytu zeszłam nieco wcześniej niż planowałam, to i tak pokonanie tej trasy nie zajęło mi dużo czasu. Część drogi super, w lesie, po bokach góry, przede mną góry. Potem już asfaltem między domami, ale też całkiem miło:



Niestety, później droga powrotna biegła poboczem mega zawijanej ulicy bez chodnika. Za to mogłam nadal podziwiać jesienno-zimowe drzewa i zerknąć na Sanktuarium "Na Górce", gdzie akurat dzwoniły dzwony:



Szczyrk. A jeszcze przynajmniej godzina do powrotu pozostałych Włóczykijów, a chwilę później na dodatek odczytałam wiadomość, że wydłużyli sobie trasę i będą nieco później niż początkowo planowali. Cóż, trudno, trzeba by coś z z sobą zrobić. Knajpki pozamykane, usiąść i poczekać się nie da, ale to w końcu miasto turystyczne, musi tu być coś jeszcze do zobaczenia. O, deptak nad Żylicą brzmi fajnie. Hmm, podobno to ładne miejsce, ale najwidoczniej nie o tej porze roku. Nie ma mowy, żebym tu została przez ponad godzinę:



Szukam dalej. Wyciąg, góra, jaskinia…Fajnie, tylko, że ja nie mam pół dnia a jakąś godzinę z groszami. O, jakiś wodospad niedaleko. Idę tam. Decyzja okazała się strzałem w dziesiątkę. Wodospad może niepozorny, ale całkiem urokliwy, a jeszcze stoi sobie koło niego ławeczka, jak na zamówienie. Folia bąbelkowa znów się przydała. Rozsiadłam się wygodnie, popijając resztki herbaty i przegryzając batonikiem. Ciekawy był kontrast między poprzednią ciszą w górach, niekiedy przerywaną tylko śpiewem ptaków, a hukiem spadającej wody, zagłuszającym prawie wszystko. I jedno i drugie miejsce pozwoliły mi na wyciszenie kłębiących się myśli, choć każde zrobiło to w odmienny sposób:



Czas upłynął mi błyskawicznie, nawet nie zauważyłam kiedy minęła godzina  i trzeba było ruszać w stronę miejsca zbiórki. Włóczykije bardzo trafnie określili swój czas powrotu, spóźniając się w stosunku do podanego w wiadomości czasu zaledwie 2 minuty i można było oficjalnie zakończyć sobotnią wyprawę. Czekał nas już tylko powrót do domów i wspominanie i relacjonowanie innym swoich przeżyć. No i komponowanie wpisu na bloga, oczywiście :)

Podsumowując, trasa naprawdę okazała się lekka, łatwa i bardzo przyjemna. Jest do przejścia dla każdego, kto może się nieco powspinać pod górkę, nie stawia ona żadnego wyzwania nawet dla kondycji miejskiej, za to przy dobrej pogodzie praktycznie przez całą drogę można podziwiać widoki.

Ta pętelka oficjalnie ląduje na mojej top liście górskich tras spacerowych. Ciekawie będzie tu wracać o różnych porach roku i obserwować jak zmienia się otoczenie. Na szczęście mam dość blisko :)

A na koniec mała zachęta, by odwiedzać Klimczok:



Od Admina - dla porządku mapa trasy: