Analytics

English blog

Snufkin - my blog in English

Hello English speakers , My blog is in Polish and it will stay that way. You can use the Google translate widget provided. This said, I have...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Australia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Australia. Pokaż wszystkie posty

21 gru 2020

Rok 2020 na zdjęciach - Marzec

 Rok 2020, pomimo, że inny niż wcześniejsze lata, był dla mnie wyjątkowy. Chyba jeszcze nigdy nie przeszedłem tylu kilometrów ile w tym roku. I oczywiście w rezultacie mam sporo zdjęć. Podjąłem próbę podsumowania roku zdjęciami - po jednym na miesiąc. Zdjęcia można podejrzeć na moim blogu na PeakD lub Publish0x. W obu 12 zdjęć i minimum komentarza (opisy w j.angielskim; przy okazji - ten drugi blog płaci za czytanie, warto się zarejestrować)

Tu postanowiłem wybrać po 3 zdjęcia na każdy miesiąc i trochę więcej o nich napisać. Posty będą publikowane przez ostatnich 12 dni roku.

Poprzednie miesiące:

Zdjęcie miesiąca

Marzec był dla mnie bardzo intensywny i obfitował w wrażenia. Wyjazd służbowy do Australii, dużo pracy, ale też dwa weekendy do dyspozycji. Potem decyzja o zamknięciu granic i kłopoty z powrotem do kraju. Na koniec dwa tygodnie kwarantanny.

Zdjęciem miesiąca jest panorama z 'polskiej' góry - Mt Kosciuszko, najwyższego szczytu kontynentu australijskiego. Wyprawę na ten szczyt miałem już okazję na moim blogu opisać.

Widok z Góry Kościuszki

Zdjęcia na podium

Opera w Sydney

Pierwszy tydzień pobytu w Australii to szkolenia dla klientów w kolejno - Perth, Brisbane, Sydney i Canberra. Drugi tydzień był stacjonarny w Sydney. Miałem mnóstwo okazji do popołudniowych spacerów. Zdjęć mam sporo, będzie z tego osobny post. Do zdjęć miesiąca musi oczywiście trafić Opera w Sydney. Ujęcie od lądu - wcale nie wygląda tak imponująco jak od strony zatoki.

Góry Błękitne - Trzy Siostry

Jedną z wolnych sobót przeznaczyłem na Góry Błękitne. Całodniowa wycieczka (już opisana na blogu), zdjęcie jedno - najbardziej charakterystyczne miejsce - grupa skał "Trzy Siostry". Warto przeczytać mój post, z piękną legendą o tych skałach.


20 gru 2020

Rok 2020 na zdjęciach - Styczeń

Rok 2020, pomimo, że inny niż wcześniejsze lata, był dla mnie wyjątkowy. Chyba jeszcze nigdy nie przeszedłem tylu kilometrów ile w tym roku. I oczywiście w rezultacie mam sporo zdjęć. Podjąłem próbę podsumowania roku zdjęciami - po jednym na miesiąc. Zdjęcia można podejrzeć na moim blogu na PeakD lub Publish0x. W obu 12 zdjęć i minimum komentarza (opisy w j.angielskim; przy okazji - ten drugi blog płaci za czytanie, warto się zarejestrować)

Tu postanowiłem wybrać po 3 zdjęcia na każdy miesiąc i trochę więcej o nich napisać. Posty będą publikowane przez ostatnich 12 dni roku.

Zdjęcie miesiąca

12 Apostołów, Australia

Na zdjęcie stycznia wybrałem "12 Apostołów" - grupę kilku (ośmiu a nie dwunastu!) skał wyrzeźbionych przez wiatr i wodę. Skały znajdują się u południowych wybrzeży Australii, w stanie Victoria. W erze przed Covidem dużo podróżowałem służbowo i w styczniu miałem delegację do Melbourne. Dwa tygodnie pracy, ale pomiędzy nimi weekend do dyspozycji. Wykorzystałem go maksymalnie. Zapraszam do lektury relacji z wycieczki wzdłuż Great Ocean Road.

Zdjęcia na podium

Styczeń zaczął się z wysokiego C. W sylwestrowe popołudnie 2019 poszedłem na piechotę do Siostry #2 (14km, 2:09h). Wypiliśmy po kieliszku wina, zjedliśmy lody i powstał pomysł, żeby Nowy Rok zacząć w górach. Generalnie muszę mieć wszystko zaplanowane, ale trochę spontanu nie zaszkodzi. Wróciłem do domu autobusem, poszedłem spać o 22:00 (!), w Nowy Rok wstałem o 4:00, pojechałem z powrotem po Siostrę #2 i pomknęliśmy pustymi drogami do Palenicy Białczańskiej. Na parkingu byliśmy o 8:00. Puściutko. Poszliśmy nad Morskie Oko - po drodze minęło nas może dwóch narciarzy. Bajka! A pogoda i sceneria - fantastyczne. 

Zamarznięte Morskie Oko i Mięguszowieckie Szczyty

W styczniu miałem też okazję być służbowo w Barcelonie. I trzecie zdjęcie stycznia będzie stamtąd. Nocna panorama miasta ze wzgórza Tibidabo. Dobra pogoda zdjęciowa - chłodno - i fantastyczny widok na światła Barcelony i ciemną linię brzegową i pierwsze brzaski wschodzącego słońca.

Barcelona o świcie, widok z Tibidabo


9 wrz 2020

12 Apostołów i "Great Ocean Road"

W styczniu 2020 miałem okazje być w Australii. Praca w Melbourne a wolny weekend wykorzystałem na zwiedzanie. Pomysł był taki by w ciągu jednego dnia zobaczyć jak najwięcej, wybrałem więc wycieczkę z oferty GetYourGuide - "Great Ocean Road Reverse Experience".

Great Ocean Road to malownicza, widokowa droga biegnąca nad Oceanem Indyjskim (chociaż przewodniczka mówi o "Oceanie Południowym"). Więcej o samej trasie na koniec postu. Wycieczka "reverse" to przejazd autostradą na koniec drogi oceanicznej i powrót nią do Melbourne. W ten sposób jedziemy pod prąd - w najbardziej atrakcyjnych miejscach jesteśmy przed innymi autobusami wycieczkowymi i unikamy tłumów. 

Pierwszym punktem wycieczki są formacje skalne "12 Apostołów". Są to skały wapienne, wyrzeźbione przez wiatr i wodę. Wbrew nazwie nie jest ich 12 a 8 (kiedyś było 9) i wcale nie przypominają apostołów. Ale nazwa przyjęła się.


Ciekawostką jest, że część wybrzeża jest własnością prywatną i jest niedostępna dla turystów (tzn. jest dostępna, ale tylko za opłatą). Część publiczna jest parkiem narodowym "Port Campbell", otwartym za damo dla każdego.

Na terenie parku narodowego są liczne tablice informacyjne. Ta poniżej pokazuje proces erozji skał.


Niedaleko od "12 Apostołów" znajduje się "Lord Arch Gorge" - mała zatoka otoczona wysokimi skałami. Związana jest z nią historia brytyjskiego statku "Lord Arch", który w 1878, po trzech miesiącach żeglugi, rozbił się nieopodal. Z 54 osób na pokładzie ocalało tylko 2 - Tom Pierce (chłopak okrętowy) i Eva Carmichel (pasażerka). Tom został wyrzucony na brzeg właśnie w Lord Arch Gorge i uratował Evę, dryfującą na fragmencie statku. W ładowni statku były m.in. fortepian. Jego części zostały wyrzucone na brzeg.



Park Narodowy Port Campbell ciągnie się wzdłuż wybrzeża i w kilku miejscach można podziwiać kolejne formacje skalne, podobne do 12 Apostołów.

Opuszczamy wybrzeże i kierujemy się w głąb lądu na lunch oraz spacer w lesie deszczowym w parku narodowym "Otway Ranges". Las deszczowy, jak nazwa wskazuje, jest lasem wilgotnym, w którym rosną olbrzymie paprocie oraz drzewa z rodziny sekwoi (ang. coast redwood), osiągające 60m wysokości i ponad metr średnicy. 


Park Otway to także naturalne środowisko koala. Ten na zdjęciu poniżej akurat nie żyje w parku narodowym - wybrał(a) sobie drzewo eukaliptusowe przy drodze, którą jechaliśmy. Koale (nie są misiami wbrew powszechnej opinii) prowadzą dość nudne i egoistyczne życie. Większość dnia (nawet 20 godzin!) przesypiają, a resztę przeznaczają głównie na jedzenie liści eukaliptusowych. Liście te zawierają truciznę i tylko koala potrafi ją zneutralizować. Nie mają więc konkurencji (poza człowiekiem, który zbiera liście aby wytłoczyć olejki). Koala żyje samotnie - jeden koala, jedno drzewo. Jeśli są dwa, to albo spotkały się na sex (i zaraz potem się rozdzielą), albo konkurują o to samo drzewo (co kończy się bójką, a przegrany musi szukać szczęścia gdzie indziej). Z ciekawostek - koale mają dwa kciuki.


Nasza wycieczka ma nazwie Wielką Drogę Oceaniczną, więc obowiązkowym postojem jest pomnik upamiętniający budowniczych. Byli to Australijscy żołnierze z korpusu ANZAC, którzy po powrocie z frontów I Wojny Światowej nie potrafili odnaleźć się w realiach cywilnych. Budowa drogi była programem socjalnym, który żołnierzom dawał zajęcie (i zarobek) oraz pomagał w ponownej integracji społecznej.




Na postoju możemy z bardzo bliska podziwiać papugi królewskie. Jedna przed chwilą odleciała mi z głowy, zabierając parę włosów (i stąd mina...), druga postanowiła być sławna i pozuje do selfie z autorem niniejszego postu.



26 lip 2020

Góry Błękitne


Góry Błękitne to nazwa pasma gór w Australii, część Wielkich Gór Wododziałowych. Miałem okazję być w Australii w marcu 2020 służbowo i wykorzystałem wolną niedzielę na wycieczkę.W takich okazjach korzystam z apki "Get Your Guide", która współpracuje z lokalnymi operatorami. Wyszukujemy interesującą nas wycieczkę, płatność kartą, voucher elektroniczny, wystarczy udać się na miejsce zbiórki, wsiąść do autobusu i rozpocząć przygodę. Oczywiście w takim podróżowaniu nie ma elementu przygody, niepewności - ale dla mnie to idealna forma, gdy mam ograniczony czas. 

Nazwa Góry Błękitne wzięła się z olejków wydzielanych przez liście drzew eukaliptusowych. W gorące dni liście parują i olejki w powietrzu z oddali tworzą błękitną smugę.

Startujemy z Sydney tuż przed południem - idea jest taka by dotrzeć w interesujące miejsca, gdy już poranne wycieczki będą wracały do miasta. Jedziemy więc pod prąd.

Pierwszym etapem jest punkt widokowy, skąd możemy zobaczyć dolinę Jamison i okalające ją góry. Punkty w zasadzie są dwa, więc podziwiamy te same widoki z dwóch miejsc. Dzień jest pochmurny, po południu lekko popada. Ale są też momenty słoneczne.




Góry mają wysokość naszych Beskidów, są w większości porośnięte lasem. Są też miejsca gdzie widać odkryte skały.




Wodospad na kolejnym zdjęciu jest ... nowy. W czasie suszy wysechł zasilający go potok. Wg naszej pani przewodnik, jesteśmy pierwszy grupą, która znowu może go podziwiać.

Pani przewodnik wspomina o Pawle Edmundzie Strzeleckim (niemiłosiernie przekręcając nazwisko), naszym rodaku, który w XIX zbadał wiele australijskich gór (odkrył m.in. złoża srebra). Próbuję nauczyć przewodniczkę i uczestników wycieczki wymowy, najlepiej wychodzi to dwóm Hindusom. 

Jest wczesne popołudnie, pora na lunch w formie pikniku. To chyba ulubione zajęcie Australijczyków, bo mamy do wyboru wiele miejsc z odpowiednią infrastrukturą. Po lunchu idziemy na spacer do buszu, który odrasta po pożarze. Pamiętamy, że tuż przed zawładnięciem serwisów informacyjnych przez koronawirusa, tematem nr 1 były pożary w Australii.



Zanim pokażę więcej zdjęć, muszę wyjaśnić o co chodzi z pożarami 2019/2020. Prasa "lewacka" robiła z tego koniec świata. Z kolei serwisy "prawackie" bagatelizowały żywioł i głównie pisały o eko-histerii. Prawda jest następująca. Busz australijski pali się co roku. Jest to część jego naturalnego cyklu. Roślinność buszu jest do tego przystosowana i potrafi bardzo szybko odreagować. Zdjęcia poniżej są robione w marcu 2020 - sześć tygodni po zakończeniu pożarów.



Zwróćcie uwagę na zielone odrosty. 6 tygodni temu szalał tu pożar, a paproci i "jakiejś trawie" wystarczyło 2-3 tygodnie opadów by się odkuć i rozpocząć nowe życie.

Druga strona medalu jest taka, że w tym roku palił się większy niż zazwyczaj obszar buszu. Jest to efekt suszy trwającej przez 3 poprzedzające lata. Pożarów było więcej i paliło się na większym obszarze niż zazwyczaj. A także, co jest rzadkością, w tym roku palił się także las deszczowy - las, który jak nazwa wskazuje jest wilgotny i generalnie trudno go podpalić. Mamy więc do czynienia z normalnym zjawiskiem, które w roku 2019/2020 przybrało nienormalne rozmiary.

Zdjęcie poniżej dla osób o mocnych nerwach.


Kora tego drzewa wygląda jak poparzona ludzka skóra. Jest to odmiana eukaliptusa (jak większość drzew w buszu), które w ten sposób leczy blizny po pożarze.

Innym ciekawym zjawiskiem jest "pożar wewnętrzny" drzewa.


Eukaliptus wydziela olejki, które pod wpływem wysokiej temperatury na zewnątrz dochodzą do punktu zapłonu. Ale nie palą się, bo wewnątrz drzewa nie ma tlenu. Natomiast kiedy po pożarze strażacy usuwają drzewa zagrażające zwaleniem (jesteśmy w parku łatwo dostępnym dla turystów), po przecięciu drzewa do rozgrzanych olejków dociera tlen i dochodzi do zjawiska samozapłonu - drzewo pali się od środka. Eukaliptus jest na to przygotowany, ale jest to zjawisko bardzo niebezpieczne dla strażaków.


Zostawiamy spalony busz, niech sobie rośnie w spokoju. My jedziemy w miejsce, które jest ikoną Gór Błękitnych - formację skalną Trzy Siostry.


Z tymi skałami związana jest piękna legenda aborygeńska. Otóż, dawno, dawno temu, pewien szaman miał trzy córki. Córki gdy podrosły, bardzo chciały iść z ojcem zbierać zioła (wg tradycji, jest to zajęcie wyłącznie męskie). Szaman długo odmawiał, ale upór trzech sióstr w końcu zwyciężył. Poszli więc zbierać zioła. Na miejscu szaman zostawił córki na skarpie, a sam zszedł w dół wąwozu. Dziewczynki z nudów zaczęły zrzucać kamyki w dół zbocza, aż doprowadziły do skalnej lawiny. Lawina ta obudziła śpiącego w wąwozie olbrzyma, który rozgniewany chciał zjeść dziewczynki. Ojciec - jak na szamana przystało - miał magiczną kostkę, którą zamienił córki w skały. Sam natomiast przybrał postać ptaka - 


- i podjął próbę odciągnięcia olbrzyma z miejsca gdzie siedziały trzy siostry zamienione w skały. Niestety podleciał za blisko i olbrzym trącił go ręką. To spowodowało, że szaman-ptak wypuścił magiczną kostkę, która upadła w gęsto zarośnięty wąwóz. Szaman do dzisiaj lata nad wąwozem wypatrując zagubionej kostki a trzy siostry czekają na odczarowanie...


Ostatnim punktem program jest zachód słońca z Lincoln's Rock - ogromnej płaskiej skały wystającej nad głęboką przepaścią ponad płaskowyżem Kings Tableland.



Dowiadujemy się, że co roku więcej turystów ginie ... pozując do zdjęć niż od ukąszeń pająków, węży i skorpionów. Patrząc jak pozowali uczestnicy mojej wycieczki, nie dziwię się. Tu łatwo można zasłużyć na Nagrodę Darwina



Skała jest wapienna - miękka. A to kusi  - głównie zakochanych - do wyrycia serduszek i inicjałów (hm, a może na skałę wpuszczać tylko singli?...). Wśród wielu "dzieł", znalazłem historię pary "G +J", która przyjeżdżała na skałę co grudzień, od 1978 do 1994. Nowszych inicjałów nie ma - i nie wiemy co stało się z G i J. Rozwiedli się? Zrobili sobie zdjęcie za blisko krawędzi? Zmądrzeli?



Wspomniałem o zachodzie słońca. No cóż, niebo zasnute chmurami, słońce zaszło po kryjomu. Operator wycieczki nie przyjmuje reklamacji...

Zostawiamy Góry Błękitne i wracamy do Sydney.







23 lip 2020

Mt. Kosciuszko


W marcu 2020 byłem służbowo w Australii. I utknąłem w Canberze - Polska zamknęła granice, nie wpuszczono mnie na pokład samolotu (bo docelowo lądowałbym 5h po zamknięciu granic...). Ale nie ma tego złego... Spotkałem Polaków, Roberta i Olę, spędziłem u nich weekend i miałem okazję "zdobyć" najwyższy szczyt Australii - Mt. Kosciuszko 2228m n.p.m. (czyli mam pierwszy kamień w koronie Ziemi wg Bassa!)

Dzięki Robertowi, podróż z Canberry do Parku Narodowego Mount Kosciuszko zajęła dwie godziny. Komunikacją publiczną latem jest to prawie niemożliwe. Jedyny autobus dociera do Jindabyne o 14:30, a stamtąd jeszcze trzeba taxi do Thredbo. Więcej autobusów i o sensowniejszych porach jeździ zimą, ale marzec w Australii to koniec lata, do zimy jeszcze trochę.

"Zdobyć" powyżej ująłem w cudzysłów, gdyż na wys. 1930m n.p.m. (czyli mniej więcej nasz Kasprowy Wierch) wjeżdżam wyciągiem krzesełkowym (to ze względu ograniczeń czasowych).Jestem jedynym pasażerem... bez roweru. Z Góry Kościuszki wytyczono szereg tras rowerowych, w tym ekstremalną Cannonball


Z górnego punktu wyciągu do szczytu jest 6,5km, przy różnicy wysokości zaledwie 300m. Czyli spacer. Jest piękny, słoneczny (chodź dość chłodny) dzień. Idealna pogoda na zdjęcia.


Początek szlaku to ... płytka chodnikowa, która po kilkuset metrach zamienia się w przerdzewiałą kratownicę - i tak już będzie prawie do końca. Rozumiem, ochrona przyrody (trawy), ale chodzenie po skrzypiącej kratownicy ma niewiele wspólnego z turystyką górską.





Idę dość szybko, jest prawie płasko. Ale zdjęć dużo, świetna widoczność i tylko dwa dominujące kolory - błękit nieba (i jeziorka) oraz szaro-brązowe skały. Jestem ponad 2000m n.p.m. a krajobraz w niczym nie przypomina naszych Tatr na tej wysokości. Nie ma ostrych skał, nie ma grani z ekspozycją, nie ma gdzie spaść - wszystko jest wygładzone.



Od przełęczy Rawson kratownica zamienia się w ... chodnik z bloków kamiennych. Dopiero ostatnie 500m pod szczytem to coś co można uznać za górski szlak (porównajcie z Tatrami na wys. 2200m n.p.m. ...)





Na szczycie kilku Australijczykom i dwóm Holenderkom udzielam lekcji wymowy "Kościuszko". Oni wymawiają "Kozjasko". 10-latek robi największe postępy i po chwili mówi poprawnie "Kościuszko". I chociaż jest tablica informacyjna, opowiadam wszystkim o naszym wielkim rodaku, Pawle Edmundzie Strzeleckim i jak doszło do nazwania góry.



W czasie drogi powrotnej Robert zatrzymuje się w Jindabyne, gdzie Strzeleckiemu wystawiono ogromny pomnik. I chociaż Australijczycy nie potrafią wymówić jego nazwiska, bardzo wielu wie kim był. Strzelecki ma "swoją" górę w Australii - i to nie jedną!



Dzięki, Robert i Ola!