Analytics

English blog

Snufkin - my blog in English

Hello English speakers , My blog is in Polish and it will stay that way. You can use the Google translate widget provided. This said, I have...

15 wrz 2020

Mieszczuchy na szlaku, czyli Trasa #2 - Szyndzielnia - Klimczok - Wilkowice - przetestowana.

   Nie wiadomo kiedy ugruntowała się we mnie opinia, że jeśli człowiek nie ma żelaznej, „górskiej” kondycji, pozwalającej na wędrówkę kilometrami w dół i w wzwyż niosąc przy tym iluś kilogramowy plecak, to nie ma czego szukać na górskim szlaku. Co najwyżej może „zdobyć” sobie szczyt wjeżdżając kolejką lub samochodem i idąc dalej parę metrów zrobić pamiątkowe zdjęcie przy tabliczce z nazwą góry, którą właśnie „zdobył”. Zainspirowana jednak świetnie opracowanymi przez Marcina trasami, które rzekomo miały być przeznaczone na jednodniowe wyprawy dla ludzi, którzy dysponują kondycją co najwyżej „miejską”, postanowiłam pierwszy raz w życiu wybrać się na prawdziwy, górski szlak.  

   Przewidywany przez Marcina czas przejścia łącznie z odpoczynkami miał zająć ok. 4:30h plus ok. 30 minut na wjazd kolejką. Miałam nieco wątpliwości, bo do tej pory moim szczytem możliwości było zdobycie czwartego piętra w bloku z tylko niewielką zadyszką, ale, jak to się mawia, kto nie ryzykuje, ten nie żyje, kiedyś musi być ten pierwszy raz. Do towarzystwa wzięłam sobie męża, równie niedoświadczonego w temacie jak i ja, spakowaliśmy to, co naszym zdaniem będzie potrzebne i ruszyliśmy w drogę. 

Trasa #2 - Szyndzielnia - Klimczok - Wilkowice


   Zerwawszy się z łózka bladym świtem, by zdążyć na otwarcie kolejki na Szyndzielnię, spokojnie dojechaliśmy do mety naszej wędrówki, czyli kas. Tu mała uwaga, w poniedziałki kolejka czynna jest dopiero od godziny 10, więc przyszło nam godzinę kwitnąć w poczekalni, bo jakoś żadne z nas nie popatrzyło wcześniej na godziny otwarcia. Niezrażeni padającym deszczem zaopatrzyliśmy się w bilety i już pierwszym kursem tego dnia ruszyliśmy w przeszklonej gondoli w górę. Niestety, pogoda postanowiła nie ułatwiać nam cieszenia się podróżą. Padający deszcz i chmury skutecznie przesłoniły większość widoków, i sunąć w górę kolejką podziwiać mogliśmy co najwyżej mgłę i trochę ziemi w dole.

Deszcz, mgła i przeszklona gondola, czyli widoków wielkie zero, ale przynajmniej chwilowa osłona przed deszczem.

   Sześć minut później znaleźliśmy się na górze i już na własnych nogach ruszyliśmy dalej, darowując sobie wieżę widokową, z której i tak nic nie byłoby widać poza mgłą. Szlak to wygodna, szeroka, choć nieco kamienista droga, łatwa do przejścia praktycznie dla każdego. Już po kwadransie niespiesznej wędrówki dotarliśmy do schroniska na Szyndzielni, a po kolejnych dziesięciu mogliśmy z wielką radością zrobić pamiątkową fotografię pod tabliczką szczytu „Szyndzielnia”.

I oto jest, Szyndzielnia

   Dalej trasa prowadziła nas na Klimczok. Nieco stromiej, sporo błota i kałuż, ale wciąż łatwo, tak więc po 40 minutach, wypełnionych tak chodzeniem, jak i bezustannym zatrzymywaniem się w celu uwiecznienia na fotce kolejnego widoku mgły, drzew, przemierzanej drogi, i siebie nawzajem doszliśmy do celu. Kiedy wreszcie dotarliśmy na Klimczok cieszyliśmy się niczym dzieci z niespodziewanego prezentu, że tu dotarliśmy i jeszcze żyjemy. Mniejsza o deszcz, mgłę, kałuże i tonę kamieni, ludzie, my tu jesteśmy, i jest wspaniale! Czym prędzej wykonaliśmy kolejną pamiątkową fotografię, w końcu takie dokonanie musi zostać uwiecznione dla potomności ;)

Tuż przed Klimczokiem

Hura, jesteśmy na Klimczoku!

   Na szczęście deszcz zaczął jedynie kropić, toteż dalsza droga prowadząca nas do schroniska na Klimczoku była znacznie przyjemniejsza. Szlak prowadził mocno w dół, ścieżką koło lasu, obok nieczynnego wyciągu narciarskiego. Nieco pożałowaliśmy, że nie chciało nam się zabrać kijków trekkingowych, ale mimo wszystko zejście nie było szczególnie trudne. Gratisem było odkrycie skalnego ogródka na stoku Klimczoka, w którym ludzie zostawiają na pamiątkę kamienie z różnych stron świata, ze szczytów jakie zdobyli. Natknięcie się na ten ogródek było bardzo miłą niespodzianką, a pobieżne przejrzenie wysokości gór, jakie odwiedzili ci, którzy pozostawili tu swoje kamyki, wzbudziło w nas szczery podziw i szacunek. Nie przeglądaliśmy dokładnie, ale najwyższy, jaki rzucił nam się w oczy, był kawałek Nevado Ojos del Salado, najwyższego wulkanu na Ziemi, położonego w Andach Środkowych, na granicy Argentyny i Chile. Ma wysokość "jedynie" 6893 m n.p.m. A człowiek tu się cieszy, że zdobył Klimczok :)

Skalny ogródek na stoku Klimczoka

Najwyższy szczyt ze skalnego ogródka na Klimczoku jaki zauważyliśmy.

  
   Krótki pobyt w schronisku pozwolił podładować nieco siły na dalszą wędrówkę, a do tego deszcz przestał padać na dobre. Jako że na klasyczne widoki górskiej panoramy nadal nie było co liczyć, postanowiliśmy ruszyć do mety, czyli stacji kolejowej Wilkowice Bystra, szlakiem niebieskim, który zamiast punktów widokowych obiecywał krótszą trasę. Mała stromizna obfitująca w mokre kamienie, tuż obok schroniska, szybko została pokonana. Mimo że trzeba było przyłożyć nieco uwagi do każdego kolejnego kroku, by nie potknąć się na mokrych kamieniach, albo nie zjechać na błocie, to trasa nadal nie nastręczała nam większych problemów i dalsza podróż przebiegała gładko. Na szczęście buty nieprzemakalne faktycznie się takie okazały, gdyż przyszło nam wędrować po spływającej z góry wodzie, a kiedy nawet słońce wyjrzało zza chmur i wreszcie doczekaliśmy się nieco klasycznego widoku górskiej panoramy, nastała więc dla nas pełnia szczęścia. 

Nieco górskiej panoramy, nareszcie!

   Nasze szczęście jednak szybko się skończyło i przyszło nam gorzko pożałować tego, że nie chciało nam się dźwigać kijków. W pewnym momencie trasa wiodła dość mocno w dół, a do tego spływająca woda, kamienie i błoto oraz rosnące z boku drzewa znacznie zawęziły ścieżkę. Naprawdę ciężko było znaleźć miejsce, by ustawić stopę. To ujeżdżała na luźnych, mokrych od wody i pokrytych błotem kamieniach, to zapadała się po kostkę w pozornie stałym gruncie, który okazał się niewidoczną pod błotem kałużą. Ten krótki odcinek z powodu braku dodatkowego podparcia jaki dałyby kijki, kosztował nas naprawdę dużo czasu i cały ogrom wysiłku. Wielokrotnie przyszło nam się zastanawiać, czy dojdziemy cali i zdrowi i czy zdążymy w ogóle zejść przed wieczorem. Nie ma to jednak jak dobra motywacja, czyli brak alternatywy. Trzeba było iść na przód, bo powrót tą samą trasą byłby równie trudny a i sporo dłuższy. Jakoś się udało, jednak o ile na „sucho” nie byłoby zbytnim problemem pokonanie tego kawałka, bo sam w sobie nie jest jakoś szczególnie trudny, o tyle przy schodzeniu na „mokro” stanowczo doradzam uczenie się na cudzych błędach i zabranie w trasę porządnych kijków, co pozwoli oszczędzić sporo czasu, stresu i sił.

   Ku naszej radości nasze problemy na tym upiornym fragmencie się skończyły i dalsza droga przebiegała już bez niemiłych niespodzianek. Za to miłe niespodzianki i owszem, pojawiły się, w postaci przepięknej panoramy tuż po wyjściu z lasu, kiedy już myśleliśmy, że z pięknymi widokami pożegnaliśmy się na zawsze.

Prawie koniec szlaku i, ku naszej radości, takie widoki

   Przyznam szczerze, że schodzenie po asfaltowej kratce w dół, do miasta, dało mi nieco w kość, ku mojemu zdziwieniu bardziej niż przedzieranie się przez wodę i kamienie na górskim szlaku, toteż gdzie się dało wędrowałam trawą. Za to mąż był nadzwyczaj ucieszony objawieniem się cywilizacji i normalnej drogi i z ulgą wyprysnął do przodu, bijąc chyba jakieś rekordy prędkości :)

   Podsumowując, cała trasa zajęła nam od zajęcia miejsc w gondoli kolejki na Szyndzielnię, około 5:50 godziny, czyli znacznie powyżej zakładanego przez Marcina czasu. Niemniej mam świadomość, że czas ten został wydłużony przez pogodę, która zadysponowała trudniejsze warunki na trasie, jak również przez to, iż nie wzięliśmy kijków, którego to błędu więcej nie popełnimy. Ogólnie jest to trasa bardzo łatwa, wjazd kolejką oszczędza sporo czasu i sił. Podejścia, nawet w bardziej stromych miejscach, nie są ani długie, ani szczególnie ostre. Ot, zwykła kamienista, górska droga, spokojnie do przejścia dla mieszczucha bez poważniejszych problemów zdrowotnych.

   Mimo że pogoda nie rozpieszczała, nasz pierwszy raz na szlaku zrobił na nas niezapomniane wrażenie. Nieprawdopodobna cisza, przerywana śpiewem ptaków i szumem wody, mgła rozwiewana przez  wiatr, mglisty, deszczowy krajobraz wyglądający jak przeniesiony wprost z jakiejś magicznej krainy i ten niepowtarzalny zapach świeżego, czystego powietrza. Dla nas, „zdobywców” szczytów kolejkami, czy samochodami, którzy nigdy dotąd nie oddalili się od ludzkiej gromady, było to niezapomniane przeżycie, nieprawdopodobna satysfakcja i początek planów regularnego powtarzania, gdy tylko będzie taka możliwość, takich wypraw. Ostatecznie, do przetestowania zostało nam jeszcze trochę opracowanych przez Marcina tras :)



14 wrz 2020

Wokół Zamku w Ogrodzieńcu

Większość moich postów dotyczy gór, ten opisuje lekką, łatwą i przyjemną pętlę wokół Zamku w Ogrodzieńcu, na Wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej ("Jura"). W wycieczce biorą udział dwie "ciocie" - panie w wieku 70+ i 80+, którym nie straszny spacer 13km w lekko pofałdowanym terenie. Trasa i tempo oczywiście dostosowane do ich możliwości.

Parkujemy na jednym z licznych prywatnych parkingów wokół zamku (ul. Zamkowa, pierwsza posesja po lewej, 10zł za wjazd, bez ograniczeń czasowych). Jest przyjemne, ciepłe, niedzielne po południe, więc początek (szlak niebieski) to przeciskanie się przez tłumy zmierzające na zamek. Na szczęście alejka ze straganami jest krótka - tuż przed wejściem do zamku skręcamy w lewo.


Zamek w Ogrodzieńcu (w zasadzie jest to miejscowość Podzamcze, przy drodze DW 790, kilka km od Ogrodzieńca) został zbudowany w XIVw przez Kazimierza Wielkiego, jako część serii nadgranicznych zamków, które dzisiaj znamy jako Szlak Orlich Gniazd. Do dzisiaj zachowały się ruiny, w stosunkowo dobrym stanie.Szlak Orlich Gniazd jest oznaczony kolorem czerwonym i łączy Kraków i Częstochowę, przez Ojców, Pieskową Skałę (tu krótki spacer wokół tamtejszego zamku) i Ogrodzieniec. 

Wapienne skały (ostańce) wokół zamku to popularne miejsca dla początkujących amatorów wspinaczki. Na miejscu są szkółki z instruktorami i wyposażaniem.



Nas wspinaczka nie interesuje, idziemy więc dalej naszym szlakiem. Tuż za zamkiem szlak idzie polami i jak za dotknięciem różdżki znikają ludzie. Po drodze mija nas zaledwie kilku rowerzystów i dwie grupki piechurów. Dużo przyjemniej niż stać w tłumie w kolejce do zamku...


Nasze "ciocie" wiedzą wszystko o użytecznych roślinach i dowiaduję się (wreszcie!), że charakterystyczne żółte kwiaty to nawłoć pospolita (znana również jako złotnik), mająca szerokie zastosowanie w ziołolecznictwie. Jeśli w pobliżu są ule, to pszczoły wyprodukują miód nawłociowy.


Stali czytelnicy mojego bloga wiedzą, że mocno interesuje mnie historia. Generalnie ta "wielka", ale nigdy nie odpuszczam okazji poznania historii "małej", tej lokalnej. Gdy więc widzę tablicę informacyjną z lokalną historią I Wojny Światowej, czytam o bitwie między wojskami austro-węgierskimi i rosyjskimi na jesieni 1914r. Bitwa ta to część wielkiego frontu, po którym ślady (krzyże, cmentarze) znajdujemy m.in. w Beskidzie Niskim, np. na górach Chryszczata czy Rotunda


W miejscowości Ryczów zostawiamy szlak niebieski i skręcamy w prawo szlakiem żółtym. W Ryczowie znowu dotykamy historii - tym razem II Wojny Światowej. W najwyższym punkcie wioski znajdujemy mogiłę zbiorową mieszkańców Ryczowa rozstrzelanych przez okupanta w odwet za działania AK na tym terenie.


Trochę wcześniej spotykamy jurajskich "juhasów" - niespodziewany wypas owiec. Związków Ryczowa z Beskidami jest więcej - w miejscowości jest ulica Babiogórska.



Ryczów zwraca uwagę dwiema studniami oraz ostańcem na końcu wsi, który w zasadzie jest jej częścią, wkomponowany w rząd domów.



W Ryczowie daję mojej grupie skończenia spaceru (ja poszedłbym pozostałe 7km sam po auto), ale nikt nawet o tym nie myśli - tzn my myślimy, mając na uwadze nasze seniorki, ale "ciocie" nie mają zamiaru siedzieć i czekać. Idziemy więc razem dalej. Ze względu jednak na zapadający zmrok, skracam trochę trasę (ok 1,5) i zamiast szlakiem czarnym a potem zielonym, wracamy szosą przez Ryczów Kolonia. Nie polecam tej wersji, gdyż po wyjściu z wioski nie ma chodnika, a miejscowi mają aż nazbyt widoczne zapędy rajdowe... o czym świadczą 2 krzyże i znicze przy drodze...


Po drodze jeszcze zatrzymuję się przy przepięknym bukiecie Natury w promieniach zachodzącego słońca oraz przy posesji, gdzie rosną kwiaty "marcinki" - o czym dowiaduję się od "cioć". Skoro są marcinki, to Marcin musi je uwiecznić na zdjeciu.


Dochodząc do Podzamcza mijamy po prawej stronie ogromną posesję, na terenie której znajdują się prywatne ostańce "Gurdziel". 


Zapraszam do lektury opisu tej samej trasy na zaprzyjaźnionym blogu "Siła do zmiany". Inne oko, inne pióro.

13 wrz 2020

Szpiglasowy Wierch

Wielki Staw Polski z podejścia pod Szpiglasową Przełęcz

Moje wędrowanie po górach zaczęło się 4 lata temu. Siostrę #2 wciągnąłem 2 lata temu, podczas wyprawy "Tatry w poprzek" z Łysej Polany do Tatrzańskiej Polanki. O ile ja lubię wszelkie góry, a przejście Głównego Szlaku Beskidzkiego w bieżącym roku to moje najlepsze wakacje w życiu, o tyle Siostra #2 zakochała się w Tatrach i w innych górach czuje się jakby zdradzała swoją miłość. Kiedy więc umawiamy się na urodzinową (we wrześniu kończymy łącznie 82 lata!) siostrzano-braterska wyprawę. oczywiste jest, że muszą być Tatry. Siostra chciała Jagnięcy Szczyt (Vysoke Tatry), ale ja optuję za czymś łatwiejszym. Zgadzamy się na Szpiglasowy Wierch (2172m n.p.m.), a plan jest taki:

Wyjeżdżamy wcześnie. Ale korek na Zakopiance i przede wszystkim przed parkingiem na Łysej Polanie kosztują nas ponad godzinę. Bramkę TPN przekraczamy dopiero o 9:45. Ludzi sporo, na asfalcie do Morskiego Oka jest to oczywiste, ale także na zielonym szlaku od Wodogrzmotów Mickiewicza w górę podąża strumień ludzi.

Chcemy szybko przejść odcinek asfaltowy i siostra narzuca ostre tempo. Takie, że pierwszy postój robimy dopiero nad Wielkim Stawem Polskim, 2h od bramki TPN - a wg mapy ten odcinek zajmuje 3 godziny.

Po drodze Siklawa - i to jest moje pierwsze zdjęcie. Nawet udaje się stanąć (na chwilę) tak, żeby nie było nikogo w kadrze.


Na podejściu pod Wielki Staw Polski wyciągam kijki, co spotyka się ze złotą myślą siostry
Kijki w górach są jak popcorn w kinie - przeszkadzają w odbiorze spektaklu
No cóż, stukanie kijków o kamienie może być faktycznie denerwujące...


Przy Wielkim Stawie Polskim, w miejscu odejścia żółtego szlaku (Zagon Niżni) zatrzymujemy się na zasłużony odpoczynek. Banan i czekolada. Ludzi mniej, wysokość odfiltrowała tłumy, ale dopiero w okolicach Niżniego Soliska zaczynamy regularnie pozdrawiać innych turystów - wcześniej byłby to nieprzerwany słowotok "dzieńdobryczesćdzieńdobryhej".

Idziemy najpierw niebieskim szlakiem, mając Wielki Staw po lewej, potem stopniowo podchodzimy żółtym szlakiem. Koniec szybkiego marszu, jest czas na podziwianie widoków. Co parędziesiąt metrów wydaje mi się, że akurat z tego miejsca Wielki Staw wygląda wyjątkowo pięknie i trzeba zrobić zdjęcie.





Pogoda jest idealna - ok. 20st. W miejscach nasłonecznionych ciepło, ale nie upalnie, w cieniu gór chłodniej, ale nie zimno. Niebo jest zachmurzone, ale to tylko poprawia efekty zdjęciowe.



Pod Szpiglasową Przełeczą czeka nas niespodzianka - kolejka przed łańcuchami. Nie lubię łańcuchów (wynik siedzącego trybu życia przez 40 lat..), ale te nie sprawiają mi większych problemów. Ale cieszę, się, że wchodzimy a nie schodzimy. Dla mnie wejście po łańcuchach jest zdecydowanie łatwiejsze, to taka łamigłówka. Zejść zdecydowanie unikam. 


Nie mam dużego doświadczenia, ale łańcuchy pod Szpiglasową nie są większym wyzwaniem. Jest tylko jeden moment zawahania. Nawet w dwóch miejscach pomagam innym. Szkoda tylko, że ten odcinek jest dwukierunkowy - schodzący nie patrzą na tłum czekający na wejście. A wystarczyłoby pomyśleć, przepuścić wchodzących (których jest zdecydowanie więcej). Wspólnie z siostą trochę kierujemy ruchem, ale nie wiele to daje. Jakieś 45min musimy tam odstać. Pomimo tego w kolejce panuje dość miła atmosfera, pytamy się na wzajem "na górze papier toaletowy rzucili?" :-)


Ze Szpiglasowej Przełęczy (2110m n.p.m.) rozpościera się przepiękny widok. 



Siostra nie daje mi jednak długo nacieszyć się widokami i pogania na szczyt. Dopiero tam siadamy na skałach, jemy pysze kanapki made by sis, i podziwiamy majestat Tatr. Z jednej strony Kozi Wierch i pasmo Zawratu, z drugiej Morskie Oko i budzący szacunek Mnich, z pasmem Rysów i Mięguszowieckich szczytów. 



Na Szpiglasowy wniosłem kamyczek znaleziony w ogrodach Kapias w Goczałkowicach Zdr. Kamyczek bierze udział w FB-owej akcji "#kamyczki". Ludzie malują płaskie kamyczki, zostawiają na nich hashtag i swój kod pocztowy i zbierają w świat. Dla kamyczków to jedyna szansa w życiu na zobaczenie świata. Mój z Goczałkowic zawędrował na Szpiglasowy Wierch. Jeśli go znajdziesz, zbierz dalej, niech podróżuje. Przed zostawieniem zrób zdjęcie, umieść na FB i oznacz hashtagiem #kamyczki.



Zostawiamy majestatyczne widoki (i kamyczek) i schodzimy nad Morskie Oko. Schronisko oczywiście omijamy szerokim łukiem i bardzo szybko idziemy w dół. Wyprzedzają nas tylko bryczki. Na bramce TPN meldujemy się o 17:45, czyli równe 8h od rozpoczęcia szlaku. Mapa podaje 9:17h... 




Dzięki Siostra #2!

Podsumowanie:

Data: 12.09.2020
Długość: 23,4km
Suma podejść: 1531m
Suma zejść: 1531m
Mój czas przejścia: 8:00h (liczę brutto, łącznie z postojami)