Lubię zimę, więc ilość śniegu, jaka ostatnio się pojawiła, napełniła mnie radością. Nie dawała mi jednak spokoju pewna myśl, skoro tak ładnie jest w mieście, to jak musi wyglądać w górach? Z przyczyn ode mnie niezależnych musiałam zrobić dłuższą przerwę od górskich wyjazdów i ku swojemu zdziwieniu, stwierdziłam, że owszem, wysypianie się w soboty jest fajne, ale jednak czegoś mi brakuje. Ale jak wrócić na szlak, gdy człowiek nie czuje się pewnie, wykańcza go miejski spacerek, a trasy, na które zamierzają wybrać się pozostali Włóczykije w najbliższym czasie wydają się równie osiągalne jak Mount Everest? Cóż, trzeba po prostu ruszyć głową, bo tęsknota za górami zaczęła przybierać na sile. Do tego ta piękna zima…
Opracowałam więc własną wersję górskiego spacerku, na trasie lekkiej, łatwej, i przede wszystkim krótkiej, bo nie miałam pojęcia jak wygląda chodzenie po szlaku przy takiej ilości śniegu. Do tego postanowiłam zapewnić sobie spory zapas czasu i ruszyć wcześnie rano. Trasa miała obejmować drogę od Lipnika, na Gaiki, a potem w zależności od mojego stanu, albo dalej na Hrobaczą Łąkę, lub powrót, czy to tą samą drogą, czy też na Straconkę. W najdłuższej wersji 11,4 km, i 3:47 h według mapy, a ja mogę wlec się nawet 7 godzin i jeszcze zdążę przed zmrokiem. Prognoza pogody nie była obiecująca, miało być pochmurno, ale trudno, chodziło mi bardziej o zimę, z brakiem widoczków się pogodzę.
Początek niezbyt obiecujący. Szaro, buro i ponuro, a do tego po krótkim czasie zrobiło się ciemnawo, a z chmur sypnęło śniegiem aż miło.
Nie do końca o to mi chodziło i miałam ochotę wrócić do domu. Ale skoro już wstałam o barbarzyńsko wczesnej porze, wsadziłam śpiące ciało do pociągu, a potem do autobusu i zmusiłam do przebierania nogami, to szkoda marnować takie poświęcenie już na początku szlaku. Idę więc dalej. Decyzja jak najbardziej słuszna, bo już wkrótce zaczęło się przejaśniać i z przyjemnością podziwiałam widoki.
Szlak niebieski od Lipnik na Gaiki wije się i dłuższy czas dość łagodnie wchodzi się pod górę. Gdyby nie śnieg to nawet z moją słabą kondycją nie miałabym większych problemów. Teraz jednak, przy ilości śniegu od kostek, do pół łydki, szło się ciężko. Ktoś przede mną szedł tym szlakiem, widać było ślady, ale nieźle zasypane, więc na pewno nie było to niedawno. Niemniej nawet te zasypane ślady ułatwiały wędrówkę. A pogoda robiła się coraz lepsza. Cisza, spokój, cudowne, świeże, zimne powietrze, wspaniałe widoki. Wyskakująca kilkanaście metrów ode mnie sarna tak mnie zaskoczyła, że tylko patrzyłam jak wmurowana, gdy spokojnie oddalała się w swoją stronę i nawet nie przyszło mi do głowy, by sięgać po telefon i robić zdjęcie. Ale nic straconego, dla mieszczucha to był tak niezapomniany widok, że nie potrzebuję fotografii, by o tym pamiętać, każdą sekundę mogę odtworzyć w pamięci niczym film :)
Dotarłam do Gaików umęczona jak dziki osioł, z mocnym postanowieniem, że zwijam się z powrotem na dół, czerwonym szlakiem na Bielsko-Biała Straconka. Dopiero teraz spotkałam innego wędrowca, do tej pory szlak był puściutki. Dodatkowo szlak był tu nieźle przetarty, szło się całkiem wygodnie. No, ale zmęczona byłam tak, że nawet chodzenie po płaskim mnie męczyło, a jeszcze trzeba dojść z powrotem. Ale te widoki...





















































